kraj:
Mozambik
, Południe Mozambiku i Park… autor: Anna Krypa
14-05-2012 16:05, ocena: 0.26/3 komentarzy: 2

Maputo... a gdzie to właściwie jest? Zapytał pracownik lotniska podczas odprawy paszportowej,

Anna znów w Afryce. Mozambicka przygoda.

Maputo - Mozambik – relacje z podróży
Takie pytanie zaskoczyło mnie na warszawskim lotnisku tuż przed kolejną wyprawą na Czarny Ląd. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam: „To w Mozambiku”. Na co lekko zawstydzony Pan odparł: „Tak mi się zdawało, że to gdzieś w Afryce.” I tak właśnie wyglądał początek mojej kolejnej, wspaniałej przygody.

Po osiemnastu godzinach, na co składały się trzy loty i dwie długie przesiadki, w końcu wylądowałam. W samolocie z Nairobi do Maputo byłam chyba jedyną osobą spoza Afryki, w związku z tym wzbudzałam spore zainteresowanie współpasażerów. Zdarzyło mi się nawet, że ktoś chciał zrobić sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie. Nagle drzwi się otworzyły, buchnęło gorące powietrze i znalazłam się w zupełnie innym świecie – w miejscu które kocham i za którym odczuwam stałą tęsknotę, będąc gdzie indziej.

Mozambik nie jest i chyba jeszcze prędko nie będzie celem podróży zbyt wielu Europejczyków. Wyjątek stanowią Portugalczycy, gdyż to właśnie język portugalski jest tu językiem urzędowym i najłatwiej się w nim porozumieć. Z angielskim jest raczej kłopot. Kraj ten nie bez powodu nazywany jest „utraconym” lub „zaniedbanym rajem”. Jego bogactwa naturalne, wspaniałe krajobrazy i zwierzęta są naprawdę niezwykłe, nie do końca poznane oraz niestety jeszcze wciąż niedoceniane, choć zmienia się to powoli i już teraz przybywa tu wielu turystów z pobliskiego RPA. Dla mnie była to niesamowita wyprawa w głąb Afryki, dająca niepowtarzalną możliwość poznania fantastycznych ludzi, zobaczenia cudownych pejzaży, niesamowitej rafy koralowej i rajskich plaż oraz smakowania wyśmienitej kuchni, w której przeważają dopiero co wyłowione z oceanu ryby i owoce morza - w cenach, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć.

Na lotnisku, jak to w Afryce, czyli ogólna wrzawa: nie wiadomo, o co chodzi i dokąd iść. Zauważyłam już mój bagaż na taśmie, okazało się jednak, że nie mogę go odebrać, dopóki nie wykupię wizy. A po wizę niebotyczna kolejka, która praktycznie się nie porusza, gdyż każdy musi mieć obowiązkowo zrobioną fotografię oraz zdjęte odciski palców. Zatem kolejno następuje ustawianie aparatu, tła do zdjęcia oraz pozującego turysty i tak na ogół kilka razy, gdyż fotografia przeważnie nie jest dostatecznie dobra. Koszt wizy do Mozambiku to około 70 USD lub 2100 MZN (metical). W końcu, po dobrych 40 minutach, z całkiem nową wizą zajmującą całą stronę w paszporcie, udało mi się dostać do taśmy z bagażami. I tu spotkała mnie kolejna „niespodzianka”. Okazało się, że obsługiwany był już następny lot, a mojego bagażu po prostu nigdzie nie było. Wciąż pełna energii i pozytywnie nastawiona na dalsze pertraktacje, udałam się do punktu rzeczy zagubionych, gdzie miałam spędzić kolejne dwie godziny. Po wypełnieniu niekończących się formularzy oraz otrzymaniu 2000 metical od linii lotniczych Kenya Airways – The Pride of Africa na zakup najpotrzebniejszych rzeczy, udało mi się w końcu wydostać na ulice Maputo – stolicy Mozambiku. A bagaż? Pani powiedziała, żeby się dowiadywać i czekać na telefon, bo może będzie za 2, a może za 3 dni. I tak właśnie było. Mój plecak odbył ciekawą, aczkolwiek całkowicie zbyteczną wycieczkę do RPA i z powrotem. Jednak nikt do mnie nie zadzwonił z powiadomieniem, więc podejrzewam, że gdybym nie zjawiła się na lotnisku w wyznaczonym terminie, to pewnie zyskał by już nowego właściciela. Miałam szczęście, a w Afryce szczęście to rzecz bardzo ważna, żeby nie powiedzieć podstawowa!

Maputo jest gospodarczym i kulturalnym centrum kraju. Jest także znaczącym portem nad Oceanem Indyjskim. Historia miasta sięga końca osiemnastego wieku, wówczas jednak (i aż do 1975 roku) nosiło ono nazwę Lourenço Marques, na cześć pewnego portugalskiego kupca oraz odkrywcy tych terenów. Zwyczajowo mówi się także, że to Miasto Akacji, przez wzgląd na liczne aleje porośnięte przez ten gatunek drzew. Maputo, zresztą jak cały Mozambik i wiele innych miejsc w Afryce, to miasto ogromnych kontrastów. Obok wielkich ekskluzywnych hoteli i biurowców można zobaczyć istne rudery i malutkie domki z blachy falistej. Podobno prawie 80% mieszkańców stolicy żyje w slumsach, bez dostępu do bieżącej wody i elektryczności.

Ludzie są uśmiechnięci i życzliwi. Nawet jeśli nie najlepiej rozumieją język angielski, to i tak zawsze starali się mi jakoś pomóc. Dostałam nawet jeden prezent. Pewien chłopak, sprzedawca w sklepiku z pamiątkami, obok którego często przechodziłam, podarował mi przewodnik po hostelach w Mozambiku i RPA. Leży teraz u mnie w mieszkaniu na półce z książkami i zawsze, kiedy na niego zerkam, przypominam sobie tamtą chwilę i zastanawiam się, kiedy będę mogła go znów wykorzystać.

Centrum Maputo wraz z jego najważniejszymi zabytkami i miejscami wartymi zobaczenia można spokojnie zwiedzić pieszo w ciągu kilku godzin. Tak też zrobiłam. Pojechałam do centrum, i wyposażona w mapę, ruszyłam w tak zwane miasto. Wspomnę tutaj, że nie znalazłam w Polsce ani jednego przewodnika po Mozambiku w naszym ojczystym języku, także dysponowałam wyłącznie wiedzą z internetu oraz wydaniami obcojęzycznymi. Zwiedzanie najlepiej zacząć od zabytkowego Fortu z czerwonej cegły - Fortaleza da Nossa Senhora da Conceição przy Rue Marques de Pombal. W pomieszczeniach wewnątrz murów obronnych znajdują się liczne sklepiki z pamiątkami i rękodziełem. Tam właśnie kupiłam piękną, ręcznie robioną, drewnianą biżuterię. Dalej, mijając Muzeum Pieniądza skierowałam się do przepięknej w swej postkolonialnej formie Głównej stacji Kolejowej oraz tak zwanego Iron Palace lub Steel House (Praça dos Trabalhadores), wybudowanego przez Gustave Eiffela. W okolicy można zwiedzić National Art Museum, umieszczone przy Avenida Ho Chi Min, z niewielką, acz ciekawą kolekcją sztuki narodowej. Następnie ruszylam w kierunku Independence Square, gdzie zobaczyłam Katedrę da Nossa Senhora da Conceição oraz przespacerowałam się alejkami ukwieconych ogrodów botanicznych Tunduru. W ogrodach natknęłam się na zawody tenisa ziemnego. Okazało się, że przyjechałam do Maputo akurat w czasie Mistrzostw Sportowych Afryki – All Africa Games, które w tym roku organizował Mozambik. Po wyjściu z ogrodów idąc ulicą Avenida Samora Machel wróciłam do Fortu, czyli do punktu wyjścia.

Bardzo polecam piesze wędrówki po Maputo. Można wtedy najlepiej poczuć atmosferę miasta i czasem zgubić się w jakiejś ciasnej uliczce, wstąpić gdzieś na kawę albo miejscowe piwo Laurentina lub 2M. Ciekawą opcją poruszania się po Maputo jest też wynajęcie „Tuk-Tuka”, czyli małej rikszy. Czasem nawet uda się trafić na mówiącego po angielsku kierowcę. W stolicy Mozambiku warto jeszcze wybrać się do Museu de História Natural umieszczonego w niewielkim, ale bardzo interesującym budynku zbudowanym w stylu portugalskim. W środku znajduje się kolekcja wszelkiej fauny i flory występującej na terenie kraju. Na szczególną uwagą zasługuje zbiór wielkich krabów, homarów, ryb i innych morskich stworzeń oraz różnego typu chrabąszczy i insektów. Koniecznie trzeba wybrać się na jeden z targów miejskich – na przykład Mercado Central w dzielnicy Baixia lub Fish Market w dzielnicy Sommerschield. Można tam kupić świeże ryby i owoce morza z porannego połowu, które, wedle życzenia, zostaną zapakowane na wynos lub przyrządzone dla nas na miejscu. Szczególnie wieczorami życie wstępuje w te miejsca, kiedy czekając na rybę przy szklaneczce miejscowego rumu Tipo Tinto i zagryzając dopiero, co uprażone orzeszki nerkowca castania, możemy wdać się w dyskusję ze sprzedawcami lub posłuchać muzyki na żywo. Ten obraz na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Do tej pory miło wspominam co najmniej trzech przystojniaków wyznających mi miłość lub składających propozycje małżeńskie oraz kilka rozmów z miejscowymi sprzedawcami. Takie rozmowy i poznani ludzie to właśnie prawdziwe wspomnienia z Maputo.

Jeżeli chodzi o noclegi w Maputo to wybór jest duży - począwszy od luksusowych hoteli, takich jak Polana, Southern Sun, czy Cardoso, a kończąc na również komfortowych, lecz znacznie tańszych backpackers hotels, jak na przykład Fatima's Place. Ja miałam szczęście, bo w Maputo zatrzymałam się u znajomych, za co bardzo, bardzo im dziękuję! Podobnie jest z restauracjami. Należy chociaż raz wybrać się do sławnej Costa do Sol z widokiem na ocean lub Waterfront, umieszczonej przy porcie i z prywatnym basenem dla gości, gdzie wieczorami można posłuchać wybitnych miejscowych muzyków. W obu serwowane są znakomite owoce morza w bardzo przystępnych cenach. Trzeba stwierdzić, że Mozambik jest rajem (w tym przypadku absolutnie nie utraconym) dla miłośników morskich specjałów. Można je dostać dosłownie wszędzie, poczynając od wykwintnych restauracji, przez Mercado, aż do malutkich straganików w biedniejszych dzielnicach, czy nad samym oceanem. Podczas tej podróży jadłam ryby i owoce morza właściwie codziennie. Do dziś tęsknię za smakiem tamtejszych krewetek, homarów, langust, małży, ośmiornic i muli w białym winie, podawanych z czosnkową bagietką.

W stolicy Mozambiku raczej niewiele osób spotkamy na plaży zażywających kąpieli wodnych i słonecznych. Dlatego pewnego dnia z samego rana zadzwoniłam do poznanego taksówkarza Gabriela i postanowiłam wybrać się na Plażę Macaneta, położoną jakieś 30/40 km za miastem. Można się tam dostać przeprawiając się promem przez rzekę z miejscowości Marracuene. Jechaliśmy, mijając nowo powstały stadion sportowy, który świetnie służył w rozgrywających się akurat w trakcie mojego pobytu Mistrzostwach Sportowych Afryki – All Africa Games 2011 (Jogos Africanos de Maputo 2011). Po opuszczeniu stolicy, opuściliśmy też drogi w europejskim znaczeniu tego słowa, jednak Gabriel bez zmrużenia oka, na zmianę pokonywał nawet największe piaszczyste wyboje normalnym samochodem osobowym, bez napędu na cztery koła. Na prom czekaliśmy strasznie długo, chyba około godziny, czy dwóch. Spotkałam wtedy mężczyznę pochodzącego z Anglii, który większość życia spędził w RPA. Na Macanetę przeprowadził się niedawno w poszukiwaniu beztroskiego życia i ucieczki od stresu. Opowiadał swoją historię, zamawiając rano piwo w przydrożnym barze i nazywając ów trunek „Macaneta Cofee”. Najspokojniej w świecie wytłumaczył mi, że oczekiwanie na prom spowodowane jest awarią silnika, co jest zupełnie normalne, biorąc pod uwagę wiek maszyny. Należy się wręcz cieszyć, że tym razem nie nastąpiło to na środku rzeki, tylko na brzegu. Tak pokrzepiona po kilkunastu minutach wsiadłam na prom i udałam się do tej oazy spokoju nad otwartym Oceanem Indyjskim. Macaneta Holiday Resort oferuje domki na pięknej piaszczystej i praktycznie bezludnej plaży, gdzie czasem można spotkać kraby wielkości dłoni, a kawałek dalej miejscowi rybacy wypływają na połów małymi łódkami „dhow” z tradycyjnym, charakterystycznym żaglem. Ośrodek oferuje także noclegi nad rzeką i restaurację serwującą oczywiście ryby i owoce morza. Byłam poza sezonem, także mój domek na plaży, był jedynym wynajętym. W domku obok specjalnie zamieszkał strażnik, żeby mnie pilnować. Wyglądając przez okno, widziałam, że siedzi w nocy przy zapalonym świetle, zwrócony w stronę mojej chatki. Całkiem sama na brzegu Oceanu Indyjskiego spacerowałam razem z krabami i słuchałam w nocy szumu wody... To uczucie, że jest się „na końcu świata” jest naprawdę bezcenne.

Bardziej oddalonym od Maputo kurortem z rajską plażą, rafą koralową oraz falami w sam raz do Kite Surfingu jest Ponta do Ouro. Za to droga do tej miejscowości jest istnym rajem dla miłośników off road – tutaj nie obejdzie się bez auta z napędem na cztery koła. Razem ze znajomymi zapakowaliśmy się w taki pojazd i wyruszyliśmy. Na początku znowu czekała nas przeprawa promem, która zajęła jakieś 2 godziny wraz z oczekiwaniem, a później miało być już całkiem blisko, tak przynajmniej wskazywał nasz GPS. Jednak, jak wiadomo, nie należy do końca ufać urządzeniom tego typu, co sprawdziło się w praktyce także wtedy. Po kilku godzinach jazdy piaskowymi dróżkami, zaczęło się ściemniać, a my wylądowaliśmy w gęstych zaroślach i poruszaliśmy się właściwie wąskim tunelem wydrążonym w tej dżungli, nie widząc nawet nieba przebijającego się przez drzewa. GPS przestawiony na język polski, zawiesił się i co 20 min wydawał przeraźliwy pisk oznajmiając nam radośnie: „Przeliczam, przeliczam...” I to wszystko, nie mógł nawet zlokalizować oceanu. Było już jasne, że się zgubiliśmy. Jechaliśmy tak jeszcze dobre pół godziny w nadziei, że może natkniemy się na jakiś znak drogowy, czy miejscowość. Niestety robiło się coraz ciemniej, a las z minuty na minutę jakby gęstniał. Nagle w oddali zobaczyliśmy jakąś budkę i strażnika, który strzegł wejścia do prywatnej posiadłości, czy hotelu. Udało się spytać Pana, czy dobrze jedziemy i którędy dotrzeć do Ponta do Ouro. Oczywiście, że zabłądziliśmy. Strażnik ze stoickim spokojem odpowiedział nam, że aby dojechać do celu naszej wycieczki, musimy zawrócić, wyjechać z zarośli, a następnie przy dużym drzewie skręcić w lewo. Ha! Okazało się to takie banalne! I dzięki tej dziecinnie prostej poradzie udało się nam w środku nocy dotrzeć do kurortu nad Oceanem Indyjskim.

Ponta do Ouro jest położone jedynie 10 km od granicy z RPA, więc nawet w sierpniu było tam sporo turystów, chętnych spotkania oko w oko z delfinem czy rekinem wielorybim. Plaża jest naprawdę przecudna z wielokolorową rafą i turkusową przejrzystą wodą. Podobno czasem można spotkać na niej żółwie wysiadujące jaja. Pływanie w Oceanie Indyjskim sprawiło mi naprawdę dużą frajdę. Istnieje także możliwość nurkowania i podziwiania podwodnych cudów natury. Dodatkowo jest kilka knajpek przy plaży i kilka w centrum miejscowości oferujących świetną kuchnię i różnorodne koktajle. Życie nocne kwitnie, co było słychać do późnych godzin wieczornych. Wracając z Ponta do Ouro nie zaszkodzi wybrać się na poszukiwania słoni w Maputo Special Reserve, rezerwacie przyrody, który rozciąga się na prawie 80 tys. hektarów. Podobno żyje tam 250 słoni afrykańskich, można też spotkać zebry antylopy, krokodyle i hipopotamy.

W Ponta do Ouro stałam się smakoszem rumu Tipo Tinto i kontynuowałam degustację owoców morza. Pewna przemiła mieszkanka, chciała mi pomóc dźwigać zakupy, oczywiście na głowie, z miejscowego targu lub nauczyć mnie tej egzotycznej sztuki. Na plaży uciekałam przed codziennymi popołudniowymi przypływami oceanu i podziwiałam wspaniałą rafę koralową. Spotkałam także jednego Polaka, który na stałe mieszkał w RPA i odbyłam z nim miłą pogawędkę. Kupiłam również piękny talerz w kształcie ryby oraz drewnianą popielniczkę, na której sprzedawca przy mnie, w dwie minuty wyrył scyzorykiem nazwę miejscowości.

Podczas mojej podróży bardzo chciałam zobaczyć także Park Krugera. Rezerwat ten położony jest bardzo blisko Maputo, bo jakieś 80 km, ale znajduje się już poza granicami kraju, w RPA. W Mozambiku istnieje wiele agencji turystycznych proponujących różnego typu safari – całodniowe (na takie ja się zdecydowałam), ale też kilkudniowe lub nocne. Mimo iż musiałam przekroczyć granicę i wracając wykupić kolejną wizę, to uważam, że było warto. Byłam już na kilku safari w Afryce, jednak Kruger National Park, jeden z największych afrykańskich rezerwatów przyrody (zajmuje ponad 2 miliony hektarów) naprawdę mnie oczarował. Jest to niezwykle piękny i ogromny teren, gdzie można spotkać bardzo dużo zwierząt różnych gatunków. I choć nie udało mi się niestety zobaczyć tzw. Wielkiej Piątki (lew, lampart, bawół afrykański, czarny nosorożec i słoń) to całkowicie zadowoliła mnie „wielka czwórka”, gdyż nie natknęłam się jedynie na czarnego nosorożca i traktuję to jako ponowne zaproszenie do Afryki, Mozambiku, RPA i Kruger Parku.

Nadszedł koniec mozambickiej przygody. Czas pożegnać się z taksówkarzem Gabrielem i innymi przemiłymi osobami, które zawsze spotykam na swojej drodze podczas podróży. Największe podziękowania chciałabym skierować do moich przyjaciół, przebywających wtedy w Maputo, dzięki którym w mojej głowie zakiełkował ten szalony pomysł wyprawy na mniej cywilizowane południe Afryki. A szalone pomysły zawsze są warte realizacji, sprawdziło się to także tym razem i mam nadzieję jeszcze nie jeden przede mną!

Kiedy czasem wspominam niemiłosiernie wysokie temperatury podczas wiosny w Maputo i zadowolonych, roześmianych ludzi, których bawiło to, że jest mi gorąco i mówili, jakby dopiero w oczekiwaniu, że „summer is coming”, myślę sobie, że napiłabym się „Macaneta Cofee” z rana i poczekała nawet godzinę na prom, aby tylko móc usiąść na brzegu oceanu, wsłuchać się w fale i choć na moment uciec od cywilizacji, gwaru i wszechobecnego w naszej kulturze wyścigu. Może proste rozwiązania są najlepsze, może właśnie takie odczucie skłoniło napotkanego Brytyjczyka do zrezygnowania z dotychczasowego życia i przeprowadzki do Mozambiku. Tam wszystko toczy się w zgodzie z naturą, przypływami i odpływami Oceanu Indyjskiego i mimo pór roku dla europejskiego turysty cały czas jest sezon. Sezon na zatracenie się w tym raczej nietkniętym niż zaniedbanym raju.
Ponta do Ouro - Mozambik

Zgłoś błąd / nadużycie » Przyjazne drukowanie »


reklamy:

Komentarze

eryk2k1 (382), 15-05-2012 12:42

Nie ma jak dalekie podróże
Może tak jakąś galerię zdjęć podpiąć? :) Super kierunek podróży. Gratulacje odwagi. A jak czytam o tym jedzonku to ahhh mniam mniam mniam. I to ciepło, tam wydaje się, że jest za gorąco a tu tęskni się za tym okropnie. Ocean indyjski... mierzyliśmy temperaturę odpowiednim zegarkiem - ponad 30 stopni... :) Niemal żadnej różnicy wejścia z powietrza do wody.

peri353 (1), 14-05-2012 23:09

Zazdroszczę wielkiej czwórki! :)


Dodaj komentarz

Aby skomentować musisz się najpierw zalogować