Świat Podróżników - Opowieści ogólne Świat Podróżników - Opowieści ogólnehttp://www.swiatpodroznikow.pl/KohanaPHPWiosenne imprezy w Portugaliihttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/102[b]Portugalia, oprócz rozmaitych możliwości spędzenia wolnego czasu, oferuje interesujące imprezy kulinarne, kulturalne i sportowe. Miłośnicy czekolady, owoców morza, fado, kwiatów czy wyścigów samochodowych znajdą tu coś dla siebie. Warte zobaczenia są także tradycyjne obchody Wielkiego Tygodnia w Bradze.[/b] [b]19 – 27 marca – Wielki Tydzień, Braga[/b] W Portugali istnieje wiele lokalnych, religijnych tradycji, które bardzo często przybierają formę uroczystych pochodów. Najsłynniejsze z nich mają miejsce podczas Wielkiego Tygodnia ([b]Semana Santa[/b]) w Bradze. Miasto nazywane jest „portugalskim Rzymem”, ponieważ przez pięć wieków miał tu swoją siedzibę biskup całego Półwyspu Iberyjskiego. Na uroczyste obchody Wielkiego Tygodnia co roku ściągają do Bragi tysiące ludzi z kraju i zagranicy. Ulice miasta przemierzają procesje z naturalnej wielkości figurami Chrystusa i Maryi, podczas których inscenizowane są wydarzenia nawiązujące do Pisma Świętego i Męki Pańskiej. Uczestniczą w nich lokalne bractwa, w tym bosi i zakapturzeni farricocos („bracia zakonni”), potrząsający ogromnymi kołatkami oraz niosący na długim drążku palący się kaganiec fogaréu. W Niedzielę Palmową odbywa się Procesja Kroków, przypominająca stacje Drogi Krzyżowej; w Wielką Środę – Biblijny pochód „Wy jesteście moim ludem”, nawiązujący do przymierza ludzi z Bogiem (zwany też Procesją Najświętszej Panienki na ośle); w Wielki Czwartek – Procesja „Ecce Homo” upamiętniająca niesprawiedliwy proces Jezusa. Kulminacyjnym punktem obchodów jest w Wielki Piątek Procesja Pogrzebu Pana, kiedy to do trumny składany jest Najświętszy Sakrament, a następnie przenoszony na miejsce adoracji, oraz cicha, nocna Procesja Złożenia do Grobu. W Wielką Sobotę odbywa się Procesja Rezurekcyjna, znana także Polakom. Charakterystyczne dla północnej Portugalii są wizyty paschalne (Visita Pascal) w Niedzielę Wielkanocną. Grupa parafian z krzyżami ozdobionymi kwiatami „kolęduje” wówczas do domów wiernych, aby ogłosić zmartwychwstanie Jezusa i błogosławić mieszkania. W okresie wielkanocnym w Bradze odbywają się również liczne koncerty i wystawy (www.semanasantabraga.com). [b]Warto zobaczyć:[/b] • pałac biskupi [u]Paço Episcopal Bracarense[/u] z uroczym ogrodem Jardim de Santa Bárbara, • najstarszą [u]katedrę Sé[/u] w Portugalii, • kościół [u]Bom Jesus do Monte[/u] (Dobrego Jezusa ze Wzgórza) z długimi schodami symbolizującymi podróż do nieba i licznymi kapliczkami nawiązującymi do Drogi Krzyżowej (bomjesus.pt). [b]31 marca – Charytatywny koncert fado – „Amália, Que Perfeito Coração” („Amália, tak doskonałe serce”), Lizbona[/b] Na MEO Arena w Lizbonie, największej hali widowiskowej w Portugalii, odbędzie się już 6 edycja Concertos por um Novo Futuro, czyli koncertów charytatywnych stowarzyszenia Associação Novo Futuro, działającego na rzecz polepszenia warunków życia dzieci i ich rodzin. W tym roku będzie można posłuchać fado, czyli tradycyjnej, portugalskiej pieśni o nieszczęśliwej miłości i tęsknocie za lepszym życiem. Koncert będzie też hołdem dla ogromnego ducha Amálii Rodrigues, „królowej fado”, która przebyła ogromną drogę od szwaczki i ulicznej sprzedawczyni owoców do wielkiej artystki, występującej w największych halach koncertowych: paryskiej Olimpie, nowojorskim Lincoln Center i londyńskim Savoy. Podczas koncertu wystąpią popularni wykonawcy fado: António Zambujo, Filipa Cardoso, Gisela João, José Manuel Neto, Kátia Guerreiro, Marco Rodrigues, Maria Ana Bobone, Ricardo Ribeiro oraz Simone. Bilety w cenie od 10 do 40 euro (arena.meo.pt). [b]Warto zobaczyć:[/b] • [u]Casa Museu de Amália Rodrigues[/u] – rezydencja, w której przez 50 lat mieszkała Amália, zachowano jej ówczesny wystrój (Rua de São Bento 193, Lizbona), • [u]Panteão Nacional[/u] – panteon, gdzie znajduje się grób śpiewaczki, • kluby [u]casa de fado[/u] w dzielnicy Alfama (np. Clube de fado na Rua S. João Praça 94) i Bairro Alto, gdzie można posłuchać klasycznego fado, • [u]Museu do Fado[/u] – przedstawiające historię fado, od powstania tego gatunku aż do czasów współczesnych, sylwetki najlepszych śpiewaków oraz 12-strunowe, tradycyjne gitary portugalskie (www.museudofado.pt). [b]31 marca – 25 kwietnia – Międzynarodowy Festiwal Czekolady, Óbidos (Region Lisboa)[/b] To już 14 edycja Międzynarodowego Festiwalu Czekolady ([b]International Chocolate Festival[/b]), który tradycyjnie odbywa się u stóp średniowiecznego zamku Castelo de Óbidos. Co roku wydarzenie to przyciąga tłumy małych i dużych łasuchów, na których czeka czekolada pod każdą postacią: gorzką, mleczną, białą, płynną czy w kawałkach. Inspiracją dla tegorocznego festiwalu jest nieskazitelne piękno laguny Lagoa de Óbidos, które zostanie odzwierciedlone m.in. w orzeźwiających smakach produktów z kakaowca oraz na wystawie misternych, czekoladowych rzeźb. Podczas festiwalu odbędą się pokazy kulinarne szefów kuchni, portugalskich blogerów oraz szkół gastronomicznych, a wśród przygotowywanych potraw znajdą się m.in. ciasta czekoladowe, musy, ostra zupa dyniowa czy duszony tuńczyk. Wśród stoisk z łakociami warto wypatrzyć lokalny specjał - Ginjinha de Óbidos, czyli wiśniówkę, podawaną tutaj w czekoladowych czarkach. Ciekawą atrakcją będzie pokaz mody (Passagem de Modelos) na plaży Praia do Bom Sucesso przy Lagoa de Óbidos. Kolekcje ubrań – zgodnie z tematem imprezy nawiązujące zarówno do wody, jak i czekolady – przygotowali portugalscy projektanci: Marlene Oliveira, Paulo Pereira oraz studenci projektowania mody z World Academy. Dzieciom spodobają się warsztaty kulinarne (Kids Cooking), pokazy gotowania dla najmłodszych oraz śmieszne, kolorowe postacie przechadzające się wśród stoisk. Bilety wstępu można kupić w cenie 3 euro (dzieci w wieku 6-11 lat) oraz 6 euro (od 12 lat wzwyż). Udział w warsztatach kulinarnych kosztuje 5 euro (dzieci w wieku 3-11 lat) (www.festivalchocolate.cm-obidos.pt). Relacja z zeszłorocznego festiwalu znajduje się tutaj: [url='https://youtu.be/JKRbvhqt1A0.']https://youtu.be/JKRbvhqt1A0.[/url] [b]Warto zobaczyć:[/b] • [u]zamek Castelo de Óbidos[/u] – tradycyjny prezent ślubny portugalskich królów dla ich małżonek, uznany za jeden z siedmiu cudów Portugalii. Obecnie funkcjonuje jako pousada, czyli historyczny, luksusowy hotel (www.pestana.com/en/hotel/pousada-obidos), • całe [u]średniowieczne miasteczko Óbidos[/u] – wąskie, brukowane uliczki urzekają średniowiecznym klimatem a z wysokości murów obronnych rozpościera się malowniczy widok na okolicę. [b]7– 13 kwietnia – Festiwal Kwiatów na Maderze, Funchal (Madeira)[/b] Co roku, tuż po świętach wielkanocnych, Madera świętuje powrót wiosny. Miasto dekorowane jest kwiatowymi rzeźbami, na ulicach leżą misterne, roślinne dywany przygotowane przez lokalną społeczność, a w powietrzu unosi się subtelny zapach kwiatów. Festiwal [b]Festa da Flor[/b] obejmuje dwa wydarzenia. Pierwsze z nich to sobotni pochód dzieci, które u celu swej podróży – na placu Praça do Município – budują z kwiatów symboliczną „Ścianę Nadziei” (Muro da Esperança), jako apel o pokój na całym świecie. Następnego dnia odbywa się kolorowa parada, w której uczestniczą mieszkańcy w strojach ozdobionych kwiatami oraz platformy z kwiatowymi dekoracjami. Prezentowane są tam nie tylko znane nam gerbery, chryzantemy i anturium, ale także egzotyczna orchidea, strelicja i protea. Podczas festiwalu odbywają się koncerty oraz występy grup folkowych, a na placu Largo da Restauração stawiany jest kwiatowy jarmark (festadaflor.visitmadeira.pt). [b]Warto zobaczyć:[/b] • prehistoryczny [u]las wawrzynowym Laurissilva[/u], z wiecznie zieloną roślinnością, który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, • [u]levadas[/u] – charakterystyczne kanały nawadniające, oplatające wyspę, które doprowadzają wodę na jej południowy kraniec, do winnic i sadów, wzdłuż kanałów biegną piesze szlaki turystyczne, • [u]Ogród Botaniczny (Jardim Botânico)[/u] – na powierzchni 35 tys. m2 znajduje się ok. 2,5 tys. egzotycznych roślin z całego świata (w tym gatunki zagrożone wymarciem), punkt widokowy oraz amfiteatr. Z ogrodu można wjechać kolejką linową (teleférico) do osady Monte (telefericojardimbotanico.com), • [u]CR7 Museu[/u] (Princesa Dona Amelia 10) – muzeum poświęcone karierze Christiana Ronaldo to punkt obowiązkowy dla wszystkich fanów tego piłkarza, który pochodzi z Madery. Na wystawie znajduje się ok. 170 trofeów, w tym Złota Piłka FIFA z 2008, 2013 i 2014 r. Dodatkowo, na Praça do Mar w Funchal stoik pomnik CR7 (www.museucr7.com). [b]7 – 17 kwietnia – Festiwal kulinarny Peixe em Lisboa, Lizbona[/b] Znany i lubiany festiwal kulinarny w Lizbonie – Peixe em Lisboa ([b]Lisbon Fish and Flavours[/b]), podczas którego prezentowane są innowacyjne dania na bazie ryb i owoców morza. To dobra okazji do tego, by w relaksującej atmosferze spędzić czas z przyjaciółmi i rodziną. Na Pátio da Galé w Lizbonie (przy placu Praça do Comércio, zwanym też Terreiro do Paço) będzie można zobaczyć pokazy kulinarne w wykonaniu cenionych, krajowych i zagranicznych szefów kuchni (m.in. Eleny Arzak, Pino Cuttaia, Rui Silvestre, Diego Gallegos), wziąć udział w kursie gotowania, spróbować specjalnie dobranych win, a na targu Mercado Gourmet spróbować i kupić choć kilka z prawie 500 produktów, takich jak ryby, oliwa, wina, dżemy, sery czy tradycyjne słodycze. Podczas festiwalu odbędzie się również konkurs na najlepszą „pastel de nata”, czyli tradycyjną, lizbońską babeczkę z ciasta francuskiego z budyniowym nadzieniem, posypaną cynamonem. O ten prestiżowy tytuł będą walczyć najlepsze lizbońskie cukiernie. Dodatkowo 10 znanych restauracji w Lizbonie i okolicy będzie oferowało (od godziny 12 do północy) specjalne menu degustacyjne w cenie od 4 do 12 euro. Na liście znajduje się m.in. restauracja José Avillez, IBO, KIKO a nawet Arola i Midori z hotelu Penha Longa w Sintrze. Jednodniowa wejściówka na festiwal to koszt 15 euro (w cenie jest degustacja dań i wina oraz udział w kursie gotowania), dzieci do lat 12 – wstęp wolny (www.peixemlisboa.com). [b]Warto zobaczyć:[/b] • [u]Pastéis de Belém[/u] (Rua de Belém 84-92) – jedyna cukiernia w Portugalii, która zna oryginalny przepis na kultowe, lizbońskie ciastko – „pastel de Belém”, wszystkie inne, podobne babeczki mogą nazywać się jedynie „pastel de nata”. Miejsce to łatwo rozpoznać po długiej, wijącej się na zewnątrz kolejce klientów (pasteisdebelem.pt), • [u]Klasztor Hieronimitów (Mosteiro Dos Jéronimos)[/u] – to tutaj powstał przepis na słynną babeczkę. Klasztor jest wotum dziękczynnym za udany powrót ekspedycji wysłanej do Indii, dzięki której Portugalia mogła rozpocząć zyskowny handel przeprawami ze Wschodu (m.in. cynamonem), jest też świetnym przykładem ozdobnego stylu manuelińskiego w architekturze, dzięki czemu został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (www.mosteirojeronimos.pt), • [u]Café Restaurante Martinho da Arcada[/u] (Praça do Comercio 3) – kawiarnia i jednocześnie restauracja, często odwiedzana przez cenionego poetę modernizmu Fernando Pessoa, który niejednokrotnie tworzył tu swoje wiersze. Warto spróbować bica (tak nazywają w Lizbonie expresso) (www.martinhodaarcada.pt). [b]19 – 22 maja – samochodowy Rajd Portugalii, Porto e Norte[/b] [b]Portugal Rally[/b] to największy rajd w Portugalii, będący piątym etapem klasyfikacji World Rally Championship (WRC). W tym roku najlepsi kierowcy na świecie będą rywalizować na drogach regionu Porto e Norte, m.in. w Porto, Ponte de Lima i Caminha. W poprzednich latach, podczas Portugal Rally, można było podziwiać szybkość i zwrotność Sébastiena Ogiera, Jari-Matti Latvala czy Sébastiena Loeba. W 2015 r. Robert Kubica z Maciejem Szczepaniakiem zajął w nim 9. miejsce. Wejściówka (Rally Pass) na cały rajd, umożliwiająca m.in. dostęp do Service Parku, ubezpieczenie na 4 dni, pakiet informacji o rajdzie (wraz z mapami) oraz zniżkę na gadżety wynosi 199 euro, dostępne są też jednodniowe wejściówki w cenie 60-120 euro (www.rallydeportugal.pt). [b]Warto zobaczyć:[/b] • [u]Estádio do Dragão[/u] (Stadion Smoka) w Porto – liczący 52 tysiące miejsc stadion i siedziba klubu piłkarskiego FC Porto, znajduje się tu także FC Porto Museum, z wystawą ukazującą historię klubu (www.fcporto.pt), • [u]nadbrzeże Vila Nova de Gaia[/u] (Porto) – z magazynami i piwniczkami największych producentów słynnego wina porto (m.in. Sandeman, Porto Cálem, Ramos Pinto). Większość z nich oferuje wycieczki oraz degustację tego trunku, • dworzec kolejowy [u]Estação de São Bento[/u] – z całymi ścianami ozdobionymi azulejos, czyli charakterystycznymi dla Portugali biało-niebieskimi lub kolorowymi płytkami, które w tym kraju można spotkać wszędzie. Na dworcu można zobaczyć malunki przedstawiające ważne wydarzenia z historii Portugalii. 25-03-2016 15:30Zima w Polscehttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/101Przez wojnę z zimą co roku marnowane są potężne kwoty na walkę z nią. Temat dotyczy głownie posiadaczy i zarządców majątków. Koszt usuwania sopli z orynnowania w średniej rozmiarów bloku może dochodzić do kilku tysięcy złotych na sezon. Równie problematyczne, mogą być efekty zaprzestania zadań właściciela. Strażnicy miejscy są bezlitośni przy wlepianiu mandatów za tego typu przewinienia. A nie jest to wyłączny problem, który może wyjść na jaw w czasie srogiej zimy. Bardzo często podczas likwidowania sopli z rynien mogą zostać osłabione. Podobnie może być w przypadku usuwania śniegu z dachów. Osłabione poszycie dachowe jest ciągłym problemem. Właściciele budynków jednorodzinnych także nie mają lepiej. Śnieg zalegający w koszach spustowych w końcu odnajdzie ścieżkę w dół i przedostanie się do środka tworząc niemiłe ślady lub próchna na ścianie. Dzienne sprzątanie chodników to także bardzo żmudna profesja Rozwiązaniem owego kłopotu są systemy przeciwoblodzeniowe. Można zainstalować kable grzewcze w orynnowaniu albo pod powierzchnią chodnika lub wjazdu na parking i znikają problemy. System przeciwoblodzeniowy z przewodami grzejnymi jest w większości wypadków automatyczny w dużych obiektach. Istnieje opcja załączania ręcznego. Termostaty mają lub nie sensor temperatury i wilgotności albo sam czujnik temperatury. Przy samym sensorze temperatury system przeciwoblodzeniowy włącza się we wskazanym przez klienta zakresie temperatur, np. -2 do +2 czyli wtedy kiedy zwykle spada śnieg. Jest to mało ekonomiczne bowiem przewody grzeją czyli zużywają prąd, też wówczas kiedy nie ma opadów. Sporo skuteczniejszy chociaż droższy w zakupie jest termostat mierzący wilgotność i temperaturę. Włącza się jedynie wtedy jeśli na sensorze pojawi się wilgoć przy zadanej temperaturze i wyłącza jak już jest czysty. Dysproporcja w cenie między regulatorami to ok. 1100 zł chociaż może być to nawet i 2 tysiące, zależnie od marki. Jednak zwraca się już po 1-2 zimach. [url=http://kw-tech.pl/oferta/kable-grzejne/montaz-kabli-grzejnych-krok-po-kroku]Montaż kabli grzejnych[/url] nie jest wielce uciążliwy dla lokatorów i przy przeciętnym budynku pochłania 1-2 dni pracy. Koszt zakupu systemu przeciwoblodzeniowego to od ok. 2400 zł dla budynku jednorodzinnego do ok. 8-13 tysięcy dla sporej kamienicy. Reasumując, system przeciwoblodzeniowy to udogodnienie wyraźnie podwyższające wygodę użytkowania. Tak jak wszystkie sprzęty podnoszące komfort musi wymagać pieniędzy ale w tym przypadku zakup się zwraca.02-10-2014 22:12Skandynawska przygodahttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/99Pomysł wyprawy pojawił się po obejrzeniu zupełnie przypadkowo galerii zdjęć z Norwegii. Kolory zdjęć wydawały mi się tak bajeczne, że aż nieprawdziwe. Opowieści znajomego marynarza o norweskich fiordach zainspirowały mnie do sprawdzenia jak to z tą Norwegią jest naprawdę. Przygotowania trwały kilka miesięcy. Przeczytałam kilka relacji z wypraw do Norwegii z lat ubiegłych. Zaopatrzyłam się w dokładną mapę, przewodniki i zrobiłam plan wyprawy, a nawet dwa (wersję B- awaryjną). Po zakupie biletów na prom - klamka zapadła! Ruszamy z mężem i synem 23.07 w sobotę. DZIEŃ 0 - sobota 23.07 Ostróda – Gdynia – Karlskrone: W dniu wyjazdu, już w samochodzie bardzo zadowoleni że wszystko idzie zgodnie z planem pytam: kto pakował namiot? Zapada cisza, gdzie pakujących trzech – tam nie ma namiotu ;) Wracać, nie wracać... Decydujemy się na zakup nowego namiotu. Korzystając z zapasu czasu na nieprzewidziane okoliczności zajeżdżamy do Decathlonu w Gdańsku przy ulicy Kartuskiej. Wybór i zakup namiotu trwa 10 minut. No trudno za gapowe się płaci i to dosłownie. Trochę skwaszeni, bo to niewiadomo czego jeszcze nie wzięliśmy, docieramy na miejsce odprawy promowej. Prom odpływa o 20.00. Odprawa i załadunek trwa dosłownie chwilę. Zaciekawieni - to nasze pierwsze zetknięcie z promem - obchodzimy wszystkie pokłady. Patrzymy chwilę na oddalająca się Gdynię, wykonujemy ostatnie telefony i idziemy spać. Kabiny wąziutkie, łazienka mini, ale cóż wilki morskie nie narzekają . DZIEŃ 1 - niedziela 24.07 Karlskrone - Sztokholm – Skutskär: W Karlskronie jesteśmy przed ósmą rano. Podróż nocą ma tę zaletę, że mija bardzo szybko i następny dzień jest cały do dyspozycji. Drogą E22 a następnie E4 kierujemy się do Sztokholmu: zgodnie z GPS - 491 km – 6h 11 min. Ponieważ wszyscy jeżdżą tu akuratnie tzn. jeśli znak pokazuje 100 km/h to jest 100 a nie 105, podróż wlecze się. Myślałam że będziemy w Sztokholmie około czternastej, zajeżdżamy na Stare Miasto z godzinnym poślizgiem, Wykupujemy bilet postojowy (25 koron) i robimy sobie spacer po wąskich średniowiecznych uliczkach z mnóstwem sklepów i restauracyjek. Zwiedzamy Pałac Królewski. Wejścia doń strzegą żołnierze gwardii królewskiej. W Pałacu znajduje się łącznie 608 komnat. Jednym z najbardziej interesujących pomieszczeń jest gabinet króla Oskara II, w którym nie tknięto nic od czasu jego śmierci w 1907 r. Specyficzną atmosferę ma centralna część Starego Miasta czyli Rynek - Stortorget . Przylega do niego gmach giełdy - Bosen. To właśnie w tym budynku odbywają się spotkania Akademii Szwedzkiej, która co roku decyduje o przyznaniu Nagród Nobla. Najstarszą budowlą na Starym Mieście jest Gotycka katedra - Storkyrkan . Do dziś zachowały się tu fragmenty z XII w. Katedra jest miejscem uroczystości i koronacji królewskich. Wnętrze zachwyca wysokimi sklepieniami łukowymi oraz wspaniałymi organami i rzeźbą Bernta Notkego wykonana z drewna dębowego i rogów łosia. Ze Sztokholmu całkiem gładko wyjeżdżamy na E4. Postanawiamy przejechać jeszcze około 100 km i rozejrzeć się za noclegiem. Najwięcej kempingów ulokowanych jest nad Zatoką Botnicką. Kierujemy się na Skutskär. Trafiamy na bardzo ładnie położony kemping Rollsand: w lesie, z dostępem do morza. Domków co prawda zabrakło, ale miejsca na namiot pod dostatkiem i tylko za 100 koron.Zakup namiotu to był strzał w 10. Większy od starego, z przedsionkiem i błyskawicznym rozkładaniem naprawdę zdał egzamin. DZIEŃ 2 - poniedziałek 25.07 Skutskär – Höga Kusten - Umea – Burea: Poranek po pierwszej nocy na szwedzkiej ziemi wita nas deszczykiem. Nie spieszymy się ze zwijaniem namiotu. Siedzimy pod daszkiem popijając kawkę i rozważamy jak długo może padać. Gadamy z przemiłym Irlandczykiem obecnie pracującym w Holandii. Przyjechał tu z Nordcapu na motorze wraz z przyjaciółką z Węgier. Rozbawiło nas ich zaskoczenie wysokimi cenami w Norwegii. Co my mamy mówić! Wspominali swój pobyt w Rosji i w Polsce tuż po powstaniu Solidarności. Polska już pachniała zachodem – Rosję nadal czuć było komuną i to mocno. Przejaśnia się, żegnamy więc motocyklistów i ruszamy w drogę. Przy autostradzie wielokrotnie mijamy znak „Uwaga łosie”. Może to chodzi o szwedzkich kierowców, którzy nigdzie się nie spieszą? W Utansjo przejeżdżamy przez wiszący most na rzece Angerman: 1210 m długi, (to tylko 70 m mniej niż Golden Gate w San Francisco). Most nosi nazwę Höga Kusten Bron. Jest to trzeci pod względem długości most w Europie i ósmy w świecie. Piękny widok z wysokiego brzegu, od którego most wziął swoją nazwę (Höga Kusten tzn. wysoki brzeg) przyciąga turystów. Punkt widokowy umieszczony jest tak, aby wszyscy mogli podziwiać wspaniałe dzieło człowieka. Jedziemy i jedziemy, za Umeą stwierdzamy że mamy na dziś dość. Rezygnujemy z dojazdu do Lulei. Jest godzina 18.30, kierujemy się na kemping Burea Camp w pobliżu Skellefteå. Kemping z niezłym zapleczem ale domki zarezerwowane. Dobrze że mamy namiot! Z kuchni i pryszniców korzystamy z największą przyjemnością. Przejechaliśmy ok. 650 km. DZIEŃ 3 - wtorek 26.07 Burea – Lulea- Koło polarne –Abisko- Bjorkliden: Rano wstaje piękny dzień. Miejsce na nocleg to urokliwa polanka w lesie nad strumykiem, wokół mnóstwo jagód. Słoneczna pogoda sprawia, że i nasze ruchy są raźniejsze. Ok. 8.30 jedziemy już w kierunku Lulei. Przed Luleą pilnujemy się by nie pomylić drogi: kierujemy się na Gammelstad, miasto-kościół, a nie współczesną Luleę. Miasta-kościoły budowane były w regionach, gdzie ze względu na ukształtowanie terenu, warunki atmosferyczne i małą gęstość zaludnienia niektórzy wierni mieli do najbliższego kościoła tak daleko, że nie byli w stanie wykonać podróży w obie strony jednego dnia. Dlatego wokół świątyń budowano dla nich miejsca noclegu, tworząc niewielkie miasteczka. Były one zaludniane wyłącznie w niedziele oraz podczas świąt religijnych W Lulei chatki dla pielgrzymów w ilości ok. 500 pełnią swą rolę do dziś . W 1996 r Gammelstad zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco. Jedziemy dalej i w końcu przekraczamy koło podbiegunowe. Informacja że właśnie tu jest równoleżnik ziemski o szerokości geograficznej 66°33'39"N, powyżej którego Słońce przez całą dobę znajduje się nad horyzontem ( lub całkowicie pod) przedstawiona jest na dużej tablicy. Jest też parking i sklepik z pamiątkami. Kupuję przesympatycznego łosia. Za kołem robi się na drodze pusto i dziko. Wypatrujemy prawdziwych łosi, czy reniferów. W końcu są: pasą się między drzewami. Co chwila spoglądają na drogę, a jeden stanął sobie na jej środku i wcale nie chciał zejść . Dalej już bez przeszkód dojeżdżamy do Abisko. W pobliżu jest Narodowy Rezerwat Przyrody. W centrum Informacji Turystycznej dostajemy mapki ze szlakami. Cały czas towarzyszy nam uczucie że za chwilę zacznie się ściemniać. A tu nic z tego – dzień trwa w najlepsze! Idziemy szlakiem prowadzącym wzdłuż kanionu. Widok wzburzonej wody ograniczonej jego wysokimi ścianami robi ogromne wrażenie. Śpimy dziś w Bjorkliden – 8 km od Abisko. Kemping o tej samej nazwie ma szereg udogodnień: wypasiona kuchnia, jadalnia z TV, nawet ściana wspinaczkowa dla dzieci. Niedaleko naszego namiotu rozbijają się młodzi cykliści ze Szwajcarii. Podróżują już 4 miesiące. Ich punktem docelowym podobnie jak u nas są Lofoty. DZIEŃ 4 - środa 27.07 Bjorkliden – Narwik – Sto: Budzi nas słońce. Wybieramy się z samego rana na wycieczkę w góry Laktajakka. Po drodze zatrzymujemy się w punkcie widokowym Namnuolsa. Słońce oświetla dolinę i jezioro Torneträsk. Surowy krajobraz tundry ma coś z bajki. Na szlaku spotykamy zające, a na wodospadzie na rzece tworzy się tęcza. Zza chmur wyłaniają się skaliste szczyty gór. W planie mamy dziś przejazd przez Narwik i dojazd do miejscowości Sto na zachodnim krańcu wyspy Langoya. W Narwiku jesteśmy w miarę wcześnie. Zwiedzamy Muzeum Regionalne położone w południowej części miasta. Mieści się ono w starym budynku kolei z 1902 roku. W muzeum można prześledzić historię Narwiku oraz linii kolejowej Kiruna – Narwik. Oglądamy również ogromny port przeładunkowy. Muzeum Wojny będzie otwarte dopiero o 14.00 Decydujemy że nie będziemy czekać – może innym razem … Ruszamy w dalszą drogę. Wleczemy się 80 km/h na pustej drodze krajowej, 60 km/h w obszarze zabudowanym. Nikt się nie wychyla, nikt nie przekracza prędkości – koszmar! Najpierw drogą E6, a następnie E10 dojeżdżamy w końcu do osady rybackiej Sto. Niecałe 400 km zajęło nam około 8 godzin! Pierwsze kroki kierujemy do Centrum „Arctic Whale Tours”, by zarezerwować wielorybnicze safari na następny dzień. Niestety mają komplet - jesteśmy zapisani na listę rezerwową. Nieco rozczarowani i zmęczeni udajemy się na najbliższy kemping Bobilcamp. Naszym oczom przedstawia się żałosny widok: pusty bury plac, mini pomieszczenie kuchenne i byle jakie sanitarne. Płacimy 150 koron, przy czym za prysznic trzeba zapłacić dodatkowo. Nie polecamy! Znajdujemy miejsce na namiot. Zimno jest okrutnie, do tego wieje przenikliwy wiatr. Wyciągamy do spania wszystkie ciepłe ciuchy. Trudno musimy tę noc jakoś przetrwać. Maleńką kuchnię opanowała 6 osobowa grupa Rosjan. Gotują kociołek zupy. Do zupy stawiają na stół duży butelkę „stolicznej” i szampana. Rozmawiamy mieszaniną słów polskich rosyjskich i angielskich. Są spod Uralu i im „wsjo nrawitsa”. Pogoda też nie jest zła: przecież nie pada! Tak jak my są zapisani na listę rezerwową na safari. My wsuwamy nasze „kociołki do syta”, oni zupę. Razem pijemy szampana. Nawiązuje się przyjaźń polsko-rosyjska. Jest śmiesznie. DZIEŃ 5 - czwartek 28.07 Langoya: Sto - Szlak Królowej „Dronningrüta: Wstajemy rano. Jest może z 10 stopni Celsjusza – ale świeci słońce i obiecuje nam: popracuję nad podwyższeniem temperatury w dzień. O 8.30 stawiamy się w Artic Center na sprawdzaniu listy. Jest szansa na trzy wolne miejsca. Rosjanie odpadają – potrzebują sześciu. Niestety tuż przed 9 jest telefon od niemieckiej grupy, że przepraszają za spóźnienie i że wykorzystają wszystkie zarezerwowane miejsca. Teraz odpadamy my. Mamy natomiast na pocieszenie 100% gwarancję wypłynięcia w dniu następnym. Skarżymy się na fatalne warunki na kempingu. Od jednej z przewodniczek dostajemy namiary na pensjonat w miejscowości Toftenes, około 30 kilometrów od Sto. Mając widoki na zmianę miejsca noclegu postanawiamy zrobić sobie wycieczkę szlakiem „Królowej Soni”. Jest to piętnastokilometrowa trasa początkowo wzdłuż wybrzeża, a następnie stromo pod górę na wysokość ok. 500 m npm. Na guljałku (spacer) wybrali się też nasi przyjaciele Rosjanie. Zwracają naszą uwagę na arktyczny gatunek maliny zwanej moroszką. W Skandynawii przetwory (dżemy, wina) z maliny moroszki są narodowym przysmakiem. W Polsce niemal nie występuje. Mozolnie pniemy się po skałkach w górę. Warto wiedzieć, że Norwegowie nie mają w zwyczaju oznaczania szlaków i jedynym znakiem sugerującym, że nie zboczyliśmy z drogi jest czerwona litera „T” wymalowana od czasu do czasu na kamieniach. Rosjanie chyba znają film „Znikający punkt”, bo jego interpretację wykonują bezbłędnie. My coraz częściej robimy sobie małe przystanki, rozmyślając nad wyższością kondycji królowej Soni nad naszą. Fantastyczny widok z góry na zatokę i osadę wynagradza cały trud. Mocno zmordowani, po 6 godzinach wracamy na kemping. Myśl, że go opuszczamy dodaje nam sił. Zwijamy się bez ociągania i udajemy się w kierunku Toftenes. Tu właścicielka pensjonatu i kilku domków proponuje nam apartament za jedyne 500 koron. Bierzemy prędziutko. Naszym oczom przedstawia się cudowny widok: dwie sypialnie, salonik, kuchnia i łazienka. Czysto, przytulnie, a przede wszystkim ciepło. Do tego piękny widok na fiord Gaulfiorden i małą kolonie głuptaków! DZIEŃ 6 - piątek 29.07 Langoya – Sto: Wyprawa na wieloryby: Wstajemy raniutko. O 8.30 zjawiamy się w Arctic Center. Płacimy za safari 2250 koron ( 750 od osoby ). Wyprawę zaczyna krótka projekcja o osadzie Sto, trasie safari i wielorybach, które najczęściej można tu spotkać. Dowiadujemy się że Sto liczy 200 mieszkańców 10 różnych narodowości. Zajmują się głównie rybołówstwem i obsługą coraz liczniej przyjeżdżających turystów. Pierwszy etap ekspedycji to dopłynięcie do głębokiego kanionu: „Bleik Canyon” miejsca żerowania wielorybów. Dopłynięcie tam zajmuje około 3 godziny. Dopada mnie i Mateusza choroba morska. Na okrzyk przewodniczki „bubbles on the left” jakoś się zbieram w sobie i biegnę na lewą burtę. Przede mną pojawia się ogromna fontanna wody widoczne jest również cielsko wieloryba Cały proces dostarczania tlenu do poszczególnych organów trwa od 20 do 40 min. Po chwili słyszymy okrzyk: „diving now!” i wieloryb jak na komendę zaczyna nurkować: przybiera niemal pionową postawę a na powierzchni pojawia się ogromna płetwa ogonowa. Wszyscy wydają okrzyki radości. Aparaty przeróżnej maści i długości pstrykają jak oszalałe, kamery kręcą. Będzie co opowiadać w domu! Obserwujemy jeszcze trzy inne wieloryby. Przy czym, gdyby ktoś patrzył na nas z boku miałby niezły ubaw: latamy z lewej burty na prawą z aparatami gotowymi do pracy. Kto by tam myślał wtedy o chorobie morskiej. Po wielorybach, płynąc już w kierunku ptasiej wyspy Anda obserwujemy igraszki roześmianych ruchliwych delfinów. Przypomina to zabawę : „zrób mi zdjęcie jeśli potrafisz”. Nad oceanem krąży wiele różnych gatunków ptaków: wydrzyki, maskonury, nurzyki, zwykłe mewy czy głuptaki. Nad ptasią wyspy widzimy trzy krążące orły bieliki. Orły wybrały się do ptasiego Mc Donald’a czyli kolonii głuptaków. Po wyborze „dania” w koloni zrywa się wielka wrzawa, po chwili jednak ptaki, które nie padły łupem orłów uspokajają się i życie wraca do normy. Na skałach ptasiej wyspy wygrzewają się foki. Czuję się jak w Discovery. Kończymy nasze safari tradycyjną zupą rybną, do tego dostajemy wyborny norweski chleb. Chłopaki pałaszują aż im się uszy trzęsą. Ja jednak po swoich morskich doświadczeniach wolę nie ryzykować i nie jem nic. Widzimy już nabrzeże Sto, robimy ostatnie pożegnalne fotki, jeszcze zakup pamiątek w Arctic Center i wracamy do Toftenes na nocleg. Dziś zamiast apartamentu mamy śliczną hytte o wdzięcznej nazwie: „niebieski motyl”. Domek przeuroczy a w dodatku okazuje się że ze zdjęcia na ścianie uśmiecha się do nas królowa Sonia, tak jakby cieszyła się naszym safari razem z nami. Pod zdjęciem podpis „tu spała królowa Sonia” – no bardzo nam miło. DZIEŃ 7: Lofoty po raz pierwszy - sobota 30.07 Toftenes – Svolvǣr – Henningsvǣr – Stamsund: Po przeżyciach wczorajszego dnia, dziś leniuchujemy. Wstajemy późno, jemy śniadanie bez pośpiechu. Za oknem widok na fiord Gaulfiorden. Około południa zanosimy klucze żegnamy się i ruszamy na Lofoty. Krajobraz pomału zmienia się, staje się bardziej górzysty. Zaskoczeni jesteśmy widokiem ostrych pionowych skał wyrastających wprost z wody – fascynujące! Pierwszy przystanek robimy w stolicy Lofotów - Svolvǣr . Kierujemy się do Punktu Informacji Turystycznej. Zaopatrzeni tam w mapki i foldery robimy spacer po nabrzeżu. Jeden z rybaków sprzedaje świeże krewetki wprost z kutra: na litry – jak u nas jagody. Miasteczko jest czyściutkie, schludne. Sporo tu sklepów, banków i punktów usługowych ale specjalnego uroku nie ma. O wiele ciekawiej prezentuje się pobliskie Kobelvag z największym na archipelagu kościołem zwanym „Katedrą Lofotów”. Zbudowana w 1898 roku może pomieścić około 1200 osób. Kolejnym urokliwym miejscem jest rybacka wioska Henningsvǣr zwana „Wenecją Lofotów” ze względu na rozłożenie się na kilku wysepkach. Spacerujemy wzdłuż nabrzeża oglądając wystawy sklepików ze szkłem, ceramiką i ręcznie robionymi świecznikami. Uśmiech wzbudza widok suszonych dorszy w oknach wystawowych – Sztokfisz – to wspaniała zapachowo pamiątka z Lofotów! W pewnym momencie główną ulicą maszeruje orszak weselny. Panna młoda w tradycyjnie białej sukni ślubnej, ale Pan młody i reszta gości w strojach ludowych. Z Henningsvǣr malowniczą górską drogą dosłownie wyciętą ze skał jedziemy w kierunku Stamsund. Mijamy obóz alpinistów - pionowe ściany skalne na Lofotach to dla nich prawdziwe wyzwanie. Zapatrzeni w piękne krajobrazy mylimy drogę. Do samego Stamsund nie udaje nam się dojechać. Napotykamy duży kemping o dźwięcznej nazwie Brustranda w odległości ok. 15 km od Stamsund i tam wykupujemy od razu 2 noclegi w domku (450 koron za noc). Chatki są nowe, ciepłe i przyjemnie pachną świeżym drewnem. Po kolacji próbujemy sztokfisza – sprzedaje się je tutaj przy kasach w marketach jak u nas gumę do żucia. No guma do żucia to nie jest – oddechu nie odświeża . DZIEŃ 8: Lofoty druga odsłona - niedziela 31.07 Brustranda - Flakstad - Ramberg – Reine Moskenes - Å: Dziś cały dzień „lofotowy”. Mamy w planie dojechać do końca archipelagu do miejscowości Å. Pierwszy postój robimy w Flakstad, przy kościółku z charakterystyczną cebulowatą kopułą. Został on zbudowany z drewna przyniesionego przez morze z Syberii. Droga prowadzi wzdłuż nabrzeża, mignęła nam szeroka piaszczysta plaża. Wkrótce docieramy do Ramberg. Plażą jest tu przepiękna: biały, miękki piasek, a w tle skaliste szczyty wpadające do morza. Mamy wrażenie, że jesteśmy w tropikach – jedno małe ale: woda ma temperaturę około 10 stopni i jakoś nikt się nie kąpie. Niedaleko plaży jest kemping. Z ciekawości sprawdzamy ceny: mały domek 880 koron, duży 1000 , to spory wydatek! Cieszę się że nocujemy w Brustrandzie. Po drodze mijamy żerdzie do suszenia ryb. Większość jest już pusta, nam udaję się jednak wypatrzyć jedną na której jeszcze suszą się ryby. Jadąc dalej na południe, stajemy w większości ładnych zatoczek czy przystani. Podziwiamy czerwone rybackie chatki zwane rorbu. Dawniej typowe rybackie schronienie - w tej chwili przeznaczone głównie dla turystów. Miło zaskakuje nas brak jakichkolwiek reklam, czy bilbordów przy drodze. Mieszkańcy traktują turystów przyjaźnie, ale nie nachalnie. Po drugiej stronie fiordu widzimy osadę Reine. Wzdłuż brzegu przykucnęły czerwone chatki, po środku biały kościółek z wieżyczką do tego lazur wody i błękit nieba – idylla. Dojeżdżamy do Å. Dalej już nie pojedziemy. Za parkingiem jest tylko asfaltowa ścieżka dla pieszych, która po paru minutach urywa się. Na dzikim skalistym płaskowyżu widzimy kilka kolorowych namiocików. Warunki tutaj są naprawdę spartańskie. Idziemy w stronę morza i kamienistej plaży – to południowy koniec Lofotów. Pełne słońce jest wysoko na niebie, morze przybiera bardzo intensywną niebieską barwę. Pstrykamy zdjęcia, kręcimy filmiki. Chcemy choć trochę tych widoków zabrać ze sobą do domu. Szkoda wracać. Następnym razem przyjedziemy tu zdecydowanie na dłużej. W drodze powrotnej przystajemy jeszcze na fotkę pod tablicą miejscowości „Bo”. Fotek mamy z tysiąc. Około 19 docieramy na kemping w Brustrandzie. Robimy sobie ciepłą kolację i jemy przed domkiem. Świeci słoneczko, tuż obok pasą się owieczki podzwaniając dzwoneczkami. Cieszymy się chwilą. To był najprzyjemniejszy dzień od początku wyprawy. DZIEŃ 9: Powrót do normalnego świata - poniedziałek 01.08 Brustranda-Lodingen-Bognes- Koło Polarne -Sandvik: Dziś opuszczamy Lofoty. Mamy sporo kilometrów do przejechania, postanawiamy więc skrócić sobie drogę i płyniemy promem z Lodingen do Bognes. Oszczędzamy 200 km, czyli ponad 3 godziny jazdy. Prom płynie godzinę i kosztuje 293 kr. Pogoda jest przepiękna. Z promu patrzymy po raz ostatni na skaliste szczyty Lofotów. Żal ściska serce, czy kiedykolwiek tu wrócimy? Skończył się kolejny etap wyprawy. W Bognes jesteśmy około 14. Postanawiamy jechać drogą E6, a nie jak początkowo planowaliśmy krajobrazową Rv17. Wiemy już, jak wolno się jedzie norweskimi drogami, nie możemy tak marudzić. Czasu mamy coraz mniej. Dziś naszym celem jest dotarcie jak najbliżej Trondheim. Niemałą atrakcja po drodze jest szereg tuneli – najdłuższy ma 8,4 km. W przemysłowym miasteczku Mo i Rana co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Mo w (gminie) Rana" robimy zakupy spożywcze. Przy umiejętnym wybieraniu supermarketów i produktów można złagodzić ból drogiej żywności. Wybierać warto produkty lokalne – są dużo tańsze. No ale w piwo najlepiej zaopatrzyć się w Polsce. Tutejsze jest drogie i niezbyt smaczne: ceny od 32 do 60 koron za puszkę. Równo o 18 dojechaliśmy do Centrum Koła Polarnego na Płaskowyżu Saltfjellet. Obowiązkowa fotka przy makiecie globu ziemskiego i krótki spacer po płaskowyżu. Został tu utworzony Park Narodowy, którego głównym celem jest ochrona piękna surowego krajobrazu. W sklepie z pamiątkami komercja aż kłuje w oczy. Zostawiamy ją czym prędzej i jedziemy dalej. Po mniej więcej godzinie ze zdumieniem stwierdzamy że zaczyna się ściemniać i najwyższa pora rozejrzeć się za noclegiem. Zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym kempingu w miejscowości Sandvik. Nie szukamy dalej. Mamy dość jazdy na dziś. Pani w recepcji proponuje nam pokój BB za 880 K. Pytamy o coś tańszego … Jest mała hytka za 390 koron– „bez żadnych wygód” dodaje pani Norweżka. Uff to już lepiej – bierzemy. Chatka mała ale własna i ciepła. A i do pryszniców niedaleko – bez dodatkowej opłaty. Każdy kemping ma swoje zwyczaje; na jednych prysznice wliczone są w cenę opłaty za nocleg, na innych to dodatkowy koszt 10 do 15 koron. Od czego to zależy: tylko prawdziwy Norweg to wie! Wieczór jest ciepły choć robi się całkowicie ciemno. Od ciemności w nocy nieco odwykliśmy. DZIEŃ 10: Trondheim - wtorek 02.08 Sandvik – Trondheim - Kristiansund: Sprężamy się od samego rana, o 7.30 już wyjeżdżamy. Do Trondheim mamy 480 km. Przy ograniczeniach występujących na norweskich drogach podróż zajmuje mnóstwo czasu. Mijamy Mosjoen i Trofors. Krajobraz wyraźnie się zmienia na bardziej płaski. Zaczynają się też pojawiać pola uprawne. Wśród pól rozrzucone są małe domki . Dominuje kolor czerwony ale są też zielone i niebieskie. Wyglądają jak schronienie krasnoludków. Do Trondheim prowadzi nas GPS Wprowadziliśmy adres wielopoziomowego parkingu na Prinsens Gate i Hołowczyc wie gdzie to jest!. Pierwsze kroki – jak zwykle kierujemy do Centrum Informacji, znajduje się ono przy Munkegate 12. Dostajemy plan centrum z zaznaczonymi najważniejszymi obiektami do zwiedzania i folder „Kempingi w Norwegii” - bardzo by nam się przydał już wcześniej. Z Centrum Informacji do Katedry Nidaros jest dosłownie kilka kroków. Jest to wspaniała gotycka budowla, w której koronowano pierwszych królów Norwegii. Bilety wstępu obejmujące również wejście na wieżę i zwiedzanie Pałacu Arcybiskupa oraz Muzeum kosztują 60 koron za osobę. Gorąco polecamy!. Gotycka świątynia, największa w całej Skandynawii, jest miejscem pochowania Olafa II, który w Norwegii wprowadził chrześcijaństwo. Kamienny kościół wzorowany jest na angielskiej katedrze w Cantenbury. Bogate, jak na gotyk wnętrze robi ogromne wrażenie. Młody wolontariusz, student socjologii Uniwersytetu w Trondheim, z zapałem opowiada nam o historii, zabytkach i ciekawostkach swojego miasta. Z wieży kościoła oglądamy panoramę Trondheim. Niska zabudowa i połączenie architektury współczesnej z dawną daje bardzo ciekawy efekt. Na dziedzińcu Pałacu Arcybiskupa odbywa się festyn rodzinny. Jest mnóstwo straganów ze słodyczami i pieczonymi jabłkami na patyku. Dzieciaki z pomalowanymi twarzami biegają od jednej atrakcji do drugiej. Z zainteresowaniem oglądamy pokazy pracy kowali i snycerzy. Świetnie bawią się tu całe rodziny. Z zazdrością i podziwem patrzę na spokojne, roześmiane twarze Norwegów. Co jest z nami nie tak, że my Polacy zatraciliśmy umiejętność cieszenia się zwykłym życiem? Idąc wzdłuż rzeki, po kilku minutach dochodzimy do mostu Starego Miasta (Bybrua), okazałej drewnianej konstrukcji, z której podziwiać można odrestaurowane, bajecznie kolorowe XVIII -wieczne magazyny przy Kjopmanns Gata, mieszczących obecnie biura i restauracje. Na wprost mostu na uliczce prowadzącej do starego fortu znajduje się jedyny na świecie wyciąg dla rowerów. Robi się późno, wracamy na parking. Dziś planujemy dojechać do Kristiansund, miejscowości na zachodnim wybrzeżu. Na szczęście wyjazd z Trondheim na E39 prowadzącą na zachód okazuje się bardzo prosty. Jest już późno, jedziemy z przeciętna prędkością 60 km/h. Zaczynamy się denerwować czy zdążymy na prom. W Halsa załapujemy się na ostatni prom tego dnia. Z ulgą wydajemy 139 kr za przeprawę i jeszcze 127 kr za przejazd tunelem. Tuż przed Kristiansund skręcamy na Byskagen Camping. Domków wolnych nie ma ale miejsce na namiot kosztuje tylko 100 koron. Kuchnia jest bardzo dobrze wyposażona. Przyrządzamy na kolację jajecznicę z norweskich jaj i polskiej kiełbasy. Pycha! Po kolacji oglądamy norweską telewizję. W salonie oprócz nas dwie rodziny Polaków. Wymieniamy się informacjami i komentarzami do programu. Oto przykład ilustrujący znane powiedzenie :”Polak, Norweg dwa bratanki…” . DZIEŃ 11: Droga Atlantycka i Droga Trolli - środa 03.08 Kristiansund – Droga Atlantycka – Molde – Andenes – Droga Trolli - Geiranger - Hylie: Wstajemy wyspani w bardzo dobrych humorach. Zaraz po śniadaniu ruszamy do Kristiansund, nadmorskiego miasteczka rozłożonego na kilku wyspach. Najstarsza część położona jest na wyspie Innlandet. Jesteśmy zachwyceni połączeniem starej zabudowy z nową i harmonijnym wyglądem całości. Pozostałe dzielnice w tym współczesne centrum nie wzbudza już takiego entuzjazmu. Ruszyamy więc na spotkanie z Drogą Atlantycką. Pokonujemy jeden płatny tunel (157 kr) i po kilku kilometrach ukazaje się pierwszy z ośmiu mostów łączących małe wysepki na Atlantyku przecinając zatokę Hustadvika. Najwyższy z nich, most Storseisundet ma kształt pięknego łuku i pozwala spojrzeć na technikę budowy mostów z innej, artystycznej perspektywy. Kolejnym etapem naszej podróży jest Molde. Trudno tu mówić o jakimś zwiedzaniu. Przejeżdżamy przez współczesne centrum prosto do przystani promowej. Samochody powolutku wjeżdżają na prom. Ustawiamy się w kolejce Za niecałe 5 minut prom rusza w stronę Vestenes. To się nazywa wyczucie czasu! Przeprawa promowa to jedyna możliwość przedostania się w głąb kraju. Początkowo drogą E39, a następnie E136 jedziemy w kierunku Andalsnes, nazywanym "alpejskim miastem nad fiordem". Największą atrakcją jest zaczynająca się tu Droga Trolli. Jej pierwszym etapem jest Trollstigen, czyli Drabina Trolli. Już na wjeździe mijamy jedyny znak drogowy na świecie: „Uwaga Trolle”. Zaczynają się serpentyny. Jest ich jedenaście, a z punktu widokowego na górze wyglądają jak drabina – stąd nazwa tego odcinka drogi. Na szczycie znajduje się punkt widokowy i budka z pamiątkami, dobrze że tylko jedna. Dalsza część drogi Trolli jest niemniej ciekawa. Wierzchołki gór pokryte są śniegiem, gdzieniegdzie błękitnie połyskuje lód.Wkrótce docieramy do Linge gdzie czeka nas przeprawa promowa przez Storfjorden do Eidsdal. Fiordy są prawdziwą wizytówką i symbolem Norwegii, szczególnie wąski i stromy Geirangerfjorden jest najbardziej znanym z nich wszystkich. W 2005 roku wraz z Nordfjorden otrzymuje on od National Geographic laur najlepiej na świecie zarządzanego miejsca światowego dziedzictwa UNESCO. Wąski otoczony skalistymi górami wygląda pięknie i groźnie. Niestety tuż po zjechaniu z promu pogoda przestaje nam sprzyjać. Najpierw niebo zasnuwa się chmurami, zaczyna kropić, a po kilku minutach leje jak z cebra. Wycieraczki nie nadążają zbierać wody. Ślepi jak kreciki zjeżdżamy serpentynami do Geiranger modląc się by nie napotkać na swej drodze podobnych krecików wspinających się w górę. W Geiranger jesteśmy tuż przed 19 i przeżywamy jedno rozczarowanie za drugim. Punkt Informacji Turystycznej właśnie się zamyka. Promy już nie kursują, a kempingi, które zaliczamy są pełne. Zaczyna się robić nieciekawie. Podejmujemy męską decyzję: jedziemy z przereklamowanego i zapełnionego turystami Geiranger do Strynu leżącego nad Nordfjordem. Znowu wąską drogą i serpentynami pokonujemy góry. Deszcz i zmęczenie powoduje, że niespecjalnie podziwiamy krajobraz. Na szczęście przestaje padać, a droga E15 okazuje się całkiem znośna. Zatrzymujemy się przy pierwszym napotkanym kempingu, nastawieni z góry że miejsc nie ma… a tu niespodzianka. Wita nas Polak, pan Tomek i pyta: a który domek chcecie? Więcej niż połowa wolnych. A kiedy już się rozgościliśmy i porządnie zjedliśmy usiedliśmy z panem Tomkiem i piwkiem przed domkiem w całkiem innych humorach. Rozmowy jak to u Polaków za granicą trwały do nocy… DZIEŃ 12: Pod znakiem lodowca Briksdall - czwartek 04.08 Hajle – Stryn – Briksdal – Ospali – Stryn - Hajle: Dziś luzik. Śniadanko, kawka, podziwianie malowniczych gór. Planujemy wycieczkę do jęzora lodowca Briksdalbreen. Na początek jedziemy do Strynu zasięgnąć języka. Punkty informacji turystycznej w Norwegii są bogato wyposażone, pracownicy bardzo życzliwi i potrafią doradzić każdemu turyście wyprawę od kilkugodzinnej po kilkudniową. Droga do lodowca wiedzie początkowo wzdłuż Nordfjordu a następnie dnem głębokiej doliny wzdłuż jeziora Lovatnet, Samochód zostawiamy się na parkingu (50 kr) i dalej piechotą około 45 minut idziemy do czoła lodowca. Niesamowitych wrażeń doznaje się dosłownie przebiegając drogą w pobliżu wodospadu: zimny prysznic murowany! Niestety po lodowcu chodzić samodzielnie nie można. Wolno jedynie podziwiać lodowe formy i błękitną barwę lodu. Sam jęzor lodowca kurczy się rokrocznie o kilka metrów. Mam nadzieję że nie zniknie całkowicie! Wjeżdżamy jeszcze rozochoceni, że wszystko idzie tak sprawnie do położonej wysoko w górze wioski Opphama. Rozpościera się stąd fantastyczny widok na leżący w dole Nordfjord. W Strynie robimy małe zakupy spożywcze w markecie przypominającym naszą Żabkę. Już o 18 lądujemy na kempingu. Oddajemy się przyjemności napełniania brzuchów norweską pizzą. Popijając norweskie piwko wspominaliśmy najbardziej ekscytujące momenty naszej wyprawy, planujemy też drogę powrotną, gdyż nieubłagany koniec wyprawy zbliża się wraz z nadchodzącym zmierzchem. DZIEŃ 13 – piątek 05.08 Hylie - Dalsniba – Lom –Ringebu - Hoysand: Moim marzeniem przed powrotem do Polski było spojrzenie na Fjord Geiranger i otaczające go skały z wysokości Dalsniby czyli 1495 m npm. Moi mężczyźni zaakceptowali pomysł wcześniejszego wyjazdu z kempingu i pokonanie Drogi Orłów wiodącej na szczyt Dalsniby. Ponieważ każde z nas śmiało może ubiegać się o odznakę biegłego pakowacza już o ósmej wyruszamy w drogę ( jak by nie patrzeć – powrotną). Tym razem pogoda nie sprzyja nam absolutnie. Ciężkie chmury wiszą nad nami i tylko czekają, kiedy spuścić nam na głowy nadmiar posiadanej wody. Promykiem nadziei jest kawałek błękitnego nieba nad Geiranger. Jest szansa że zdążymy na szczyt przed deszczem. Wjazd na Dalsnibę przypomina nieco Drabinę Trolli, no oprócz tego że wjazd jest płatny – 100 koron od samochodu. Na szczycie mimo zimna i przenikliwego wiatru widok na Fjord Geiranger i Drogę Trolli oszołamiający. Na maszcie nad nami dumnie powiewa norweska flaga. To przywiązanie do symboli narodowych widać na każdym kroku. Flaga powiewa niemal przed każdym domem, pensjonatem nawet na kempingach przy norweskich namiotach. Kiedy już napatrzyliśmy się na fjord i otaczające go szczyty przykryte lodowymi czapami ruszamy w dalszą drogę, Z takim zapamiętanym obrazkiem z Norwegii można wracać do domu. Wracamy przez Lom, obwodnicę Oslo, potem Geteborg do Karlskrony. W Lom zwiedzamy Stavkirke. Stavkirke dosłownie oznacza kościół słupowy. Budowle te wznoszone były od X do XIII wieku w czasach gdy wiara chrześcijańska mieszała się z wierzeniami w pogańskich bogów wikińskich i należały do najstarszych drewnianych zabytków Europy. Stavkirke w Lom jest jednym z dwóch największych obiektów tego typu w Norwegii. Dach wieńczą głowy smoków jakby żywcem wzięte z dziobów łodzi wikingów, tuż obok znajdują się niewielkie, również nie pozbawione ozdób krzyże; sam dach zaś pokryty jest drobnym gontem przypominającym łuski na smoczym ciele. Wejście: 60 kr na osobę to sporo – podziękowaliśmy ;). Mieliśmy w planie zwiedzanie jeszcze podobnego kościółka w Ringbu. Niestety trafiliśmy na „church service” w tym wypadku usługą tą był pogrzeb i zwiedzanie z oczywistych przyczyn było wstrzymane. Zwiedzanie innych stavkirke zostawiliśmy na następną wyprawę. W okolicy Oslo zaczęło nieźle lać. Myślałam że już bardziej padać nie może – a jednak może! W strugach ulewnego deszczu dojechaliśmy do kempingu Hoysand w okolicy Skjeborg, kilkanaście kilometrów od granicy. Nie bacząc na zawrotną cenę hytty 475 koron skwapliwie uiściliśmy opłatę - byle tylko schować się przed deszczem. Spaliśmy w domku o wdzięcznej nazwie Lizbona. Tuż obok nas była „Warszawa”. Fajnie byłoby mówić - w Norwegii spaliśmy w Warszawie :) DZIEŃ 14: z oczywistych przyczyn ostatni– sobota 06.08 Hoysand – Karlskrona: Przy śniadaniu podziwiamy widok nad jezioro. Wyjadamy resztki zapasów, planujemy ostatnie zakupy. Po dotankowaniu do pełna ruszamy przez Geteborg do Karlskrony. Dziś nie pada, ale rewelacji pogodowych też nie ma, i dobrze. Piękna pogoda tylko pogłębiłaby naszą frustrację. Na prom docieramy 2 godziny przed czasem, ale jest już trochę samochodów. Prom odpływa punktualnie. Podobnie jak poprzednio mamy wykupione miejsca w kabinie. Na Bałtyku czujemy się już jak wilki morskie, w końcu to już nasza kolejna podróż promem podczas tej wyprawy. Rano dźwięki muzyki z głośników nie dają pospać. Kiedy ubrani gramolimy się na pokład widać już Gdynię, a więc w końcu dopadł nas – koniec!30-06-2013 14:03W drodze na najwyższe szczyty Afryki: Rwanda, Burundi, Tanzania 2013 - część 4http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/98To była męczarnia i wyczekiwanie na budzik jak na zbawienie. Ale w końcu zadzwonił i możemy ruszać. Pogoda dopisuje. Wulkany w promieniach wschodzącego słońca wyglądają niesamowicie. Ruszamy. Parę kroków w świetle czołówek, ale po kilku chwilach jest widno na tyle, że są niepotrzebne. Przed nami około 900 metrów pod górę. Bez chwili przerwy. Stromo pod górę. Najpierw w błocie przez las senecji i slalomem pomiędzy gałęziami i korzeniami. Trzeba uważać, bo jest bardzo ślisko. Dobrze, że nie pada. Jest ciężko. Zadyszka dokucza cały czas. Wydaje się, że szczyt już za chwilę. A my ciągle w lesie, w korzeniach i błocie. Podpieramy się rękoma i pniemy do góry. Las powoli robi się rzadszy. Korzenie zastępuje trawa, całe wielkie i strome zbocze trawy. Nachylenie nie pozwala odetchnąć. Wzmaga się wiatr. Jest coraz zimniej. Kończy się trawa i zostaje tylko powulkaniczny żużel. Nagle zza chmur i mgły wyłania się szczyt i wielka antena. Jeszcze tylko kilka kroków pod górę. Niby niewiele do celu, ale ta chwila trwa i trwa i trwa. Aż w końcu jest! Zdobywam Karisimbi, najwyższy szczyt Rwandy. Pierwszy cel wyjazdu zrealizowany. Zajęło nam to 3 godziny i 50 minut. Jest godzina 9.40. Wysokość 4506 m n.p.m. Dokumentujemy nasz pobyt zdjęciami we mgle. Wprawdzie mało co na nich widać, ale dowód musi być. Toniemy w chmurach. Dookoła porozrzucane blachy, jakieś metalowe części. Nikt nie wiem co to za konstrukcja była/jest/będzie na samym szczycie Rwandy. Podziwiamy jeszcze jak nasza obstawa dba o nasze bezpieczeństwo. Grzecznie siedzą w równych odstępach dookoła wierzchołka, bacznie obserwując co się dzieje, z karabinami gotowymi do strzału. W końcu to nie byle kto jest na szczycie. To my! ;-) Świętujemy sukces delicjami z Polski i schodzimy. Nie wiem co jest łatwiejsze. Zejście, czy podejście. Pod górę zadyszka nie dawała spokoju. A w dół ześlizgujemy się po błocie. Kilka razy lądujemy na tyłkach. Prześlizgujemy się pomiędzy gałęziami korzeniami. I po dwóch godzinach jesteśmy w bazie. Mamy chwilę odpoczynku. Przebieramy się w suche i lżejsze ciuchy, zwijamy namiot i dalej w dół. Jeszcze tylko cztery godziny wędrówki przez bagna i wracamy do punktu wyjścia do rumiankowych pól. Mamy szczęście. Podczas wędrówki nie spadła ani jedna kropla deszczu. To nie takie normalne, bo to przecież las deszczowy. Ale chyba podczas deszczu nie udałoby się nam zdobyć góry. A na pewno byłoby znacznie trudniej i niebezpieczniej. Rozdajemy naszym tragarzom i przewodnikom na pamiątkę pocztówki. Tragarze dostają zasłużone 20 dolarów i pozostaje tylko czekać na Grzegorza, aż po nas przyjedzie. Nie czekamy jednak bezczynnie. Zabieramy się ze spotkanymi Polakami i podjeżdżamy z nimi kilka kilometrów. Dopiero tu przesiadamy się do Hiluxa Grzegorza. I dopiero w tym samochodzie dopada nas ulewa. Ale to już po trekkingu. Teraz może się wypadać. Grzegorza zaprasza nas na kolację do Ruhengeri. Świętujemy udane wejście na szczyt bananowym piwem. Jest nieco inne niż to z Kigali, z posmakiem papierosów (to pewnie wina większej ilości sorgo). Z lekkim szumem w głowie wracamy na misję. Mamy jeszcze jedną buteleczkę piwa na drogę, którą kończymy już na miejscu, w pokoju, na spokojny sen. Dobranoc. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Rwandy na mojej stronie: [url='http://www.stronagerbera.pl']http://www.stronagerbera.pl[/url]25-04-2013 16:08W drodze na najwyższe szczyty Afryki: Rwanda, Burundi, Tanzania 2013 - część 3http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/97Wygodne łóżka, pyszne śniadanie, ciepły prysznic. Czego chcieć więcej. Ta misja dostaje od nas pięć gwiazdek. Ale dziś najważniejsze jest dla nas Karisimbi. To nasz cel pobytu w Rwandzie. Z samego rana ruszamy do siedziby Volcanos NP. To tu zbierają się grupy wychodzące na wulkany, grupy odwiedzające górskie goryle, no i my. Na Karisimbi nikt więcej nie idzie. Mamy pożyczony namiot i karimatę. Grzegorz wykłóca się jeszcze o nasze obiecane karimaty. Dobrze, że z nami przyjechał i zna kinyarwanda. Dzięki temu wprawdzie nie dostajemy karimat, ale zamiast nich bierzemy jakąś piankę i dodatkowy śpiwór. Jedną noc jakoś przetrwamy, nawet jak będzie zimno. Kolejny etap to przejazd do miejsca startu trekkingu. Przejazd równym asfaltem przygotowanym specjalnie dla turystów. Ale tylko do pewnego momentu. Parę następnych kilometrów jedziemy podłą, powulkaniczną drogą. Dookoła różne uprawy. Najbardziej rzucają się w oczy rozległe pola rumiankowe. I co się okazuje? Te uprawy są tu pozakładane pod turystów. Tak nie wyglądają prawdziwe pola uprawne w Rwandzie. W rzeczywistości rwandyjskie pola to niewielkie poletka poupychane na wzgórzach. Jedne obok drugich. A tu ogromne rumiankowe pola, rozległe plantacje ziemniaków, kukurydzy i innych upraw. To po to, aby pokazać turystom jak w Rwandzie jest fajnie. Ale to tylko pokaz. Dla turystów. Podobnie machające do nas dzieci i ludzie nauczeni podczas obowiązkowych wieców jak odnosić się do białych. To trochę smutne. Ciekawe, ile osób wie, że to nie jest prawdziwa Rwanda, że to na pokaz. My wiemy. Po przyjeździe na parking przewodnik w naszym imieniu wybiera dwóch tragarzy. Mamy trochę rzeczy i z czystym sumieniem damy zarobić Rwandyjczykom. Dostaną od nas po 10 dolarów za jeden dzień pracy. Dla nich to dużo. Ile rzeczywiście jest dla nich, a ile dla jakiejś organizacji ich zrzeszającej? Nie wiemy. Co ciekawe. W Rwandzie nie jest przyjęte dawanie napiwków. Wręcz przeciwnie. Mogłoby się to okazać zgubne dla tragarzy, jeżeli dostaliby od nas napiwek. Dlaczego? Przez sąsiedzką zazdrość. Sąsiedzi widząc, że ktoś ma więcej są w stanie go otruć. To jest podobno na porządku dziennym. Nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. Nie będziemy przyzwyczajać Rwandyjczyków do czegoś, co nie jest tu normą. Początkowo wśród rumiankowych pól, później stromo pod górę, aż w końcu przez niekończące się bagna idziemy w stronę Karisimbi. Ta sama droga prowadzi też początkowo na Bisoke. My odbijamy jednak w lewo. I idziemy na bagna. Na bagna, o których wiedzieliśmy, ale nie myśleliśmy, że będzie ich aż tak dużo. Przedzieramy się przez gęsty las, wśród raniących ręce pokrzyw i kolczastych gałęzi. Wpadamy po kostki w grząskie błoto. Dobrze, że nie pada. To tu przydałyby się wodery, a nie w Ugandzie. A to właśnie w Ugandzie je mieliśmy ze sobą. To tu jest prawdziwe, niekończące się bagnisko. Po kamieniach, korzeniach i śliskim błocie coraz wolniej zmierzamy do góry. Coraz wolniej, bo wysokość daje o sobie już znać. Jest dość ciężko. Przewodnik jednak gna bardzo szybko. Wpadł nawet na pomysł, aby na szczyt wejść już dziś. Nie idziemy. Idziemy swoim wolnym równym tempem. Mijamy się co chwilę z grupą naszych dziesięciu żołnierzy. To gratisowa usługa wliczona w cenę biletu. Idą z nami od samego początku, aż na szczyt. Są obowiązkową obstawą każdej grupy. Uzbrojeni po zęby, z karabinami i to nie tylko ze zwykłymi kałachami, ale z takim, co to trzeba na ziemi ustawić oby oddać serię strzałów. Pilnują nas, a może pilnują swoich rwandyjskich tajemnic? Tego nie wiemy. Dziesięciu uzbrojonych żołnierzy robi wrażenie. Czujemy się bezpiecznie. Mam jednak wrażenie, że w oddali słychać strzały, a nawet jakiś wybuch. Ale i tak jest bezpiecznie. Po czterech godzinach jesteśmy na miejscu. Jest chatka bez ścian i blaszany domek bez podłogi i kibel z dziurawymi skórzanymi fotelami z oparciami, służącymi za sedesy. To Afryka. Ma talent. Rozbijamy namiot na deskach pod dachem. Coś trzeba robić do nocy. Coś jemy, drzemiemy, a czas płynie zbyt powoli. Jest zimno i brzydko. Jest błoto i chmury, A namiot? Jest niewielki. Zbyt mały na nas trzech. Leżymy jeden obok drugiego, ramię przy ramieniu. Nie ma szansy, aby się przewrócić na drugi bok. To nie będzie sen. To będzie męczarnia. Damy jednak radę. Najwyżej będziemy zmieniać pozycję wszyscy razem. To tylko dziesięć godzin snu. Do jutra. Do 5 rano. Obyśmy tylko za często się nie wiercili. Do jutra. To była męczarnia i wyczekiwanie na budzik jak na zbawienie. Ale w końcu zadzwonił i możemy ruszać. Pogoda dopisuje. Wulkany w promieniach wschodzącego słońca wyglądają niesamowicie. Ruszamy. Parę kroków w świetle czołówek, ale po kilku chwilach jest widno na tyle, że są niepotrzebne. Przed nami około 900 metrów pod górę. Bez chwili przerwy. Stromo pod górę. Najpierw w błocie przez las senecji i slalomem pomiędzy gałęziami i korzeniami. Trzeba uważać, bo jest bardzo ślisko. Dobrze, że nie pada. Jest ciężko. Zadyszka dokucza cały czas. Wydaje się, że szczyt już za chwilę. A my ciągle w lesie, w korzeniach i błocie. Podpieramy się rękoma i pniemy do góry. Las powoli robi się rzadszy. Korzenie zastępuje trawa, całe wielkie i strome zbocze trawy. Nachylenie nie pozwala odetchnąć. Wzmaga się wiatr. Jest coraz zimniej. Kończy się trawa i zostaje tylko powulkaniczny żużel. Nagle zza chmur i mgły wyłania się szczyt i wielka antena. Jeszcze tylko kilka kroków pod górę. Niby niewiele do celu, ale ta chwila trwa i trwa i trwa. Aż w końcu jest! Zdobywam Karisimbi, najwyższy szczyt Rwandy. Pierwszy cel wyjazdu zrealizowany. Zajęło nam to 3 godziny i 50 minut. Jest godzina 9.40. Wysokość 4506 m n.p.m. Dokumentujemy nasz pobyt zdjęciami we mgle. Wprawdzie mało co na nich widać, ale dowód musi być. Toniemy w chmurach. Dookoła porozrzucane blachy, jakieś metalowe części. Nikt nie wiem co to za konstrukcja była/jest/będzie na samym szczycie Rwandy. Podziwiamy jeszcze jak nasza obstawa dba o nasze bezpieczeństwo. Grzecznie siedzą w równych odstępach dookoła wierzchołka, bacznie obserwując co się dzieje, z karabinami gotowymi do strzału. W końcu to nie byle kto jest na szczycie. To my! ;-) Świętujemy sukces delicjami z Polski i schodzimy. Nie wiem co jest łatwiejsze. Zejście, czy podejście. Pod górę zadyszka nie dawała spokoju. A w dół ześlizgujemy się po błocie. Kilka razy lądujemy na tyłkach. Prześlizgujemy się pomiędzy gałęziami korzeniami. I po dwóch godzinach jesteśmy w bazie. Mamy chwilę odpoczynku. Przebieramy się w suche i lżejsze ciuchy, zwijamy namiot i dalej w dół. Jeszcze tylko cztery godziny wędrówki przez bagna i wracamy do punktu wyjścia do rumiankowych pól. Mamy szczęście. Podczas wędrówki nie spadła ani jedna kropla deszczu. To nie takie normalne, bo to przecież las deszczowy. Ale chyba podczas deszczu nie udałoby się nam zdobyć góry. A na pewno byłoby znacznie trudniej i niebezpieczniej. Rozdajemy naszym tragarzom i przewodnikom na pamiątkę pocztówki. Tragarze dostają zasłużone 20 dolarów i pozostaje tylko czekać na Grzegorza, aż po nas przyjedzie. Nie czekamy jednak bezczynnie. Zabieramy się ze spotkanymi Polakami i podjeżdżamy z nimi kilka kilometrów. Dopiero tu przesiadamy się do Hiluxa Grzegorza. I dopiero w tym samochodzie dopada nas ulewa. Ale to już po trekkingu. Teraz może się wypadać. Grzegorza zaprasza nas na kolację do Ruhengeri. Świętujemy udane wejście na szczyt bananowym piwem. Jest nieco inne niż to z Kigali, z posmakiem papierosów (to pewnie wina większej ilości sorgo). Z lekkim szumem w głowie wracamy na misję. Mamy jeszcze jedną buteleczkę piwa na drogę, którą kończymy już na miejscu, w pokoju, na spokojny sen. Dobranoc. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Rwandy na mojej stronie: [url='http://www.stronagerbera.pl']http://www.stronagerbera.pl[/url] 17-04-2013 10:49W drodze na najwyższe szczyty Afryki: Rwanda, Burundi, Tanzania 2013 - część 2http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/96Noc. Jak to w Afryce. Początek trudny. Pot leje się ciurkiem. Moskitiera łaskocze po głowie. Spadam z materaca. Nad uchem czuję chrapanie Roberta. Ale w końcu zasypiam. Około czwartej robi się w końcu chłodniej. Dobrze, że mam się czym przykryć. Nie trwa to długo. O świcie upał powraca. Pot leje się ciurkiem. Musimy wstać. Dziś pojedziemy do Nyamaty i N’taramy, w których znajdują się miejsca upamiętniające ofiary ludobójstwa. Po owocowym śniadaniu motorkami pokonujemy wzgórze, aby dostać się na dworzec. Rwandyjskie motorki różnią się od ugandyjskich daladala (motorków) kilkoma rzeczami. Są w lepszym stanie, a kierowcy mają kaski. Na kaskach znajdują się numery, które w razie czego służą identyfikacji kierowcy. Kaski dostają też pasażerowie. A pasażer może być tylko jeden. W Ugandzie limitu nie było. Na dworcu szybko odnajdujemy busik do Nyamaty. Płacimy 600 franków w kasie. Tak – w kasie. Tu wszystko jest oficjalne. Pakujemy się do busa. Cztery rzędy po 4 osoby plus 3 osoby z przodu. Ciasno jak cholera. Jakoś białych nie widać żeby podróżowali tak jak my. Ale jedziemy. Przy większej prędkości jest przyjemnie. Za klimatyzację służą otwarte okna. Pół godziny i jesteśmy na miejscu. Naszym oczom ukazuje się prawdziwy, nowy, duży dworzec autobusowy z wieloma stanowiskami. Zupełnie jak w Europie. Idziemy na piechotę w stronę pierwszego z dwóch miejsc związanych z ludobójstwem. Oczywiście mamy dziesiątki propozycji podrzucenia motorem albo rowerem. Ale wybieramy spacer. Po chwili jesteśmy na miejscu. Wchodzimy do kościoła, który przez jakiś czas służył jako schronienie dla Tutsi przed Hutu. Nie długo jednak. Przy użyciu granatów Hutu wysadzili metalowe drzwi i rozpoczęli rzeź w kościele. Dziś na kościelnych ławkach leżą ubrania zabitych. Stosy ubrań. W „krypcie” znajdują się czaszki pomordowanych. To czaszki, na przykładzie których jest pokazane w jaki sposób Tutsi ginęli. Jedne mają ślady po uderzeniach maczetą, inne ślady po strzałach w głowę, a jeszcze inne ślady od uderzenia metalowymi kulami z kolcami. To nie koniec strasznego widoku. Tuż obok kościoła są dwie piwnice. W jednej z nich zgromadzone są w trumnach szczątki odnalezionych ofiar, całe trumny ze szczątkami całych rodzin, osad, a nawet całych wiosek. Wszystkie zwłoki razem. Bo miejsca mało. Wszystko przykryte fioletowym materiałem. Druga piwnica robi jeszcze większe wrażenie. Na półkach od dołu do góry leżą po układane stosy czaszek i kości. Czaszki oddzielnie. Kości oddzielnie. Dziesiątki. Setki. Tysiące kości. Całe stosy. Szok! Okropny widok. Nie wolno robić zdjęć. Trzeba mieć zgodę jakiegoś państwowego instytutu pamięci o ludobójstwie. Nie mam. Daję strażniczce 2000 franków w łapę i już mam pozwolenie. Robię kilka zdjęć. Ale jestem bardzo przejęty tym widokiem. Ręce mi drżą. Wychodzimy w ciszy. To robi wrażenie. Nie rozumiem tego, co tu się działo. Czytałem o tym. Ale nie potrafię zrozumieć. Wracamy do centrum Nyamaty na colę. Do N’taramy musimy czymś podjechać. To kilka kilometrów stąd. Motorków jest mało, ale w ich miejsce są rowerowe taksówki. Też są ponumerowane i mają tablice rejestracyjne. Rowerzystów nie obowiązuje nakaz jazdy w kaskach. Jedziemy we trzech na rowerach. Po dwóch kilometrach zmieniam mojego szofera. Teraz to ja wiozę Rwandyjczyka. Dziwi się i śmieje. A ja mam kilka kilometrów treningu. Trochę asfaltu, trochę czerwonego afrykańskiego szutru. Jest ciężko. Nie ma przerzutek. Dobrze, że mój pasażer jest w miarę lekki. Dowożę go na miejsce ku uciesze wszystkich dookoła. To N’tarama – drugie miejsce w okolicy, gdzie w kościele wymordowane kilka tysięcy Hutu. Miejsce jest podobne, ale zwłoki, kości i czaszki nie leżą w piwnicach. Leżą na półkach w dawnym kościele. W rogu znajdują się przedmioty, które miały ze sobą w trakcie masakry ofiary. Ubrania, materace, baniaki na wodę, dokumenty. Wszystko leży w kącie, na kupie, w kurzu i pyle. Dziwny zapach nieco nas zatyka. Specyficzny zapach śmierci. Są jeszcze dwa budynki: spalona kuchnia i pokój dzienny. To pokój, w którym na ścianie wciąż widać zaschnięte ślady wielu litrów krwi pozostałej po rozbijanych o ścianę dzieci Tutsi. Jest jeszcze kij. Zaostrzony kij do zabijania i torturowania kobiet Tutsi. Kobiety Tutsi, które nosiły na plecach swoje małe dzieci zabijano dwoma kijami. Jednym przebijano ciało kobiety razem z główką dziecka. A drugi kij wbijano w krocze tak, aby jego koniec wyszedł kobiecie przez głowę. Czasem przed tym wszystkim kobiety jeszcze wielokrotnie gwałcono. Normalny człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć. To jednak prawdziwa historia Tutsi i Hutu. Historia, której najtragiczniejszy odcinek wydarzył się w 1994 roku. Z rąk Hutu zginęło wówczas prawie milion Tutsi w przeciągu zaledwie 100 dni. A to był i jest (!) tylko fragment tego konfliktu etnicznego, konfliktu który trwał już wiele lat wcześniej. W rzeczywistości obie strony nie są bez winy. Obie strony brały udział w masowych ludobójstwach. Raz Hutu, raz Tutsi. Zależy kiedy. Nie mówi się o tym. Mówi się tylko o tym najtragiczniejszym momencie, o ludobójstwie na Tutsi. Ale jest to zniekształcenie faktów. Tylko dociekliwi wiedzą, że konflikt trwał już dużo wcześniej i trwa do dziś, choć nieco ukryty i w innej postaci. Czy kiedyś dojdzie do podobnej rzezi jak w 1994 roku? Niewiadomo. Nie teraz. Może nie w takiej postaci. A może i międzynarodowa opinia do tego nie dopuści? Może. Myślę jednak, że niestety konflikt będzie trwał dalej i jakaś forma rewanżu, zemsty, odwetu jest bardzo prawdopodobna. Kiedyś. Jedziemy jednak dalej. Ludobójstwo zostawiamy na chwilę. Wrócimy do tego tematu dalej, za kilka dni, jak lepiej poznamy Rwandę i nie tylko tą ładną i czystą z Kigali. Sporo czasu tracimy na oczekiwanie na busika z N’taramy do Kigali. Na szczęście docieramy do Kigali na czas. Motorkami podjeżdżamy do znanej nam z wczoraj knajpki. Zamawiamy po hamburgerze i kątem oka oglądamy mecz RPA – Angola. Jest 2 do 0 kiedy spotykamy się z księdzem Grzegorzem z Nyakinamy. To nasz drugi „rwandyjski kontakt”, który zaproponował nam pomoc. Robimy wspólne zakupy na jutrzejszą wspinaczkę i pakujemy się do Hiluxa Grzegorza. Wracamy do naszej rodzinki po bagaże. Trochę błądzimy po Kigali, bo nie pamiętamy gdzie mieszkaliśmy ;-) A jest już ciemno, więc wszystko wygląda tak samo. Na szczęście Grzegorz dogaduje się z Benjaminem w Kinyarwanda i docieramy do celu. Jest ciemno. W przewodnikach zawsze piszą, żeby po ciemku nie podróżować. Wiemy to. Ale jedziemy. Dziękujemy rodzinie za gościnę, jedzenie i pomoc. Zostawiamy 50 dolarów jako zapłatę. Jeszcze do nich wrócimy w drodze do Burundi. A teraz w drogę. W stronę wulkanów, DR Kongo, no i w stronę konfliktu. Droga jest niezła – nowa, asfaltowa. Ale ciężka. Mnóstwo zakrętów wokół niezliczonych wzgórz. Szkoda, że jest ciemno. Widoki muszą być niesamowite. Wystarczają dwie godziny i przez Ruhengeri dojeżdżamy do Nyakinamy. Podczas jazdy dowiadujemy się naprawdę dużo na temat Rwandy. O konflikcie Hutu – Tutsi, o aktualnej sytuacji, historii, planach. Tego nie da się wyczytać z przewodników. To informacje z pierwszej ręki. Informacje dobre i złe. Czemu złe? Dlatego, że nie wydaje się, żeby konflikt Tutsi z Hutu był zakończony. On przygasł. Ale trwa. Trwa, bo dzieci są uczone dystansu i nienawiści do drugiej rasy. Trwa, bo władza jest w silnych rękach tak zwanych „prawdziwych Tutsi” prezydenta Paula Kagame. Prawdziwi Tutsi to tacy, którzy walczyli w armii wyzwolenia Rwandy. To nie są Ci, którzy przetrwali ludobójstwo w Rwandzie. To nie są ocaleni. To są Ci, którzy uciekli do Ugandy i stamtąd przyszli wyzwolić kraj z rąk Hutu. Tamci ocaleni musieli współpracować z Hutu skoro żyją. Taka jest polityka rządu i prezydenta i tak się właśnie traktuje Tutsi i podsyca konflikt. Prawdziwi Tutsi rządzą silną ręką prezydenta Kagame. Kraj się rozwija i to bardzo szybko. To niewątpliwa zasługa prezydenta. Ale Rwanda jest państwem policyjnym, gdzie władzę sprawują tylko Tutsi (prawdziwi), czyli 15% społeczeństwa. Pozostali są za słabi. Pozostali nie mają armii. Pozostali nie kontrolują „demokratycznych” wyborów, podczas których nad głosującymi czuwa wojsko z ostrą amunicją i obserwuje, do której kolejki ludzie się ustawiają, na kogo głosują. A skoro są trzy kolejki i większość stoi w jednej kolejce to od razu widać kto głosuje inaczej niż należy. Taka demokracja. Rwanda to państwo bardzo uporządkowane – na pierwszy rzut oka. To państwo kar i zakazów i to surowych. Ale dzięki temu jest porządek. Ale dzięki temu jest czysto. Dzięki temu jest dużo policji, wojska. Dzięki temu ludzie czasem giną bez śladu. Dzięki temu ludzie płacą duże podatki. A podatki idą na działalność partii, choć wszyscy myślą, że idą na specjalny fundusz bezpieczeństwa Rwandy, który będzie można wykorzystać wtedy, gdy skończy się międzynarodowa pomoc. A ona już się skończyła. Tego ludzie są uczeni podczas obowiązkowych wieców, spotkań i zebrań. I w to wierzą. Co się dzieje z pieniędzmi? Nie wiadomo. Wiadomo już tylko jedno. Wiadomo, że ludobójstwo było jedno. W 1994. Ludobójstwo na Tutsi….. Inne wydarzenia są oficjalnie pomijane, te z 1998, czy nawet z XXI wieku…. A co zastaliśmy na misji? Pięknie położoną kolorową misję, z dużymi budynkami. Na dzień dobry jednak zanotowaliśmy pierwszą stratę. W drodze do misji zginęły buty Roberta. Albo wypadły z bagażnika albo zostawiliśmy je na ulicy podczas pakowania. No i co teraz? Jutro idziemy w góry! Na ratunek pośpieszył Grzegorz i pożyczył Robertowi swoje buty. Grzegorz też chodzi po górach. Oprócz Grzegorza na misji jest jeszcze jedna Polka – Emilka, koleżanka Grzegorza z wędrówek po górach, jeszcze z Polski. Akurat w tym samym czasie przyjechała go odwiedzić. Co jeszcze zastaliśmy na misji? Prysznic z ciepłą wodą (cóż to za odmiana w porównaniu z miską z wodą z Kigali), duże pokoje i pyszną kolację. A dla Grzegorza mamy prezenty z Polski: tłok do piły, okulary, t-shirt, ptasie mleczko i kabanosy. Mamy też późną godzinę i kilka komarów w pokoju. Mam też brak zasięgu, więc nie ma z nami kontaktu. Brak sms-ów. Brak telefonów. Spokój. Ale żyjemy i mamy się dobrze, zaskakująco dobrze. Mamy też wstać o 5 rano i odgłosy ptaków za oknem. O pozostałych moich rwandyjskich przemyśleniach napiszę później. A jutro? W góry. Trzymajcie kciuki za Karisimbi! cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Rwandy na mojej stronie: http://www.stronagerbera.pl04-04-2013 14:14W drodze na najwyższe szczyty Afryki: Rwanda, Burundi, Tanzania 2013 - część 1http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/95No i wylądowaliśmy. Nasza kolejna podróż rozpoczęta. Jesteśmy w Rwandzie. Jesteśmy nieco zmęczeni podróżą przez Katar i Ugandę. Mamy trzy tygodnie, trzy kraje i trzy góry do zdobycia. Poza tym zobaczymy goryle górskie w Rwandzie, poleżymy nad jeziorem Tanganika w Burundi i nad Oceanem Indyjskim w Tanzanii. To tak dla urozmaicenia. A co jeszcze uda się zobaczyć, to już okaże się na miejscu. Pierwsze wrażenia? Pozytywne zaskoczenie. Czystością, porządkiem, drogami, wszystkim. Pewnie gdybym nie był wcześniej w żadnym innym afrykańskim kraju wrażenia byłyby inne. Ale tu naprawdę jest porządek. Zgodnie z obietnicą na lotnisko wyjechała do nas siostra Francine, Rwandyjki mieszkającej w Polsce. Przywitała nas razem z bratem. Będziemy nocować u nich w domu. To pierwsza rzecz, którą udało mi się załatwić jeszcze będąc w Polsce – nocleg w Kigali u Rwandyjczyków. Docieramy na miejsce. Schludny domek w dzielnicy Kacyiru. Mieszka w nim 5 osób. Dostajemy malutki pokoik z materacem, w którym ledwo się mieścimy razem z plecakami. Ale ważne, że jest dach nad głową, jedzenie i chwila na aklimatyzację w nowym kraju. Mama przygotowuje nam herbatę w termosach (to bardzo charakterystyczny zwyczaj w Afryce) i kanapki z pysznym pasztetem. Głowy opadają nam ze zmęczenia. Po szybkiej orzeźwiającej kąpieli w zimnej wodzie w misce, jedziemy z siostrą do miasta. Jeden supermarket, drugi supermarket i siostrze kończą się pomysły na to, co może nam pokazać w Kigali. A może na najwyższe piętro tego wieżowca? Siostra nie była tam nigdy. Nie widziała Kigali z góry. No to teraz będzie tam razem z nami. Teraz my będziemy jej przewodnikami. Przekonujemy strażników i wjeżdżamy na ostatnie piętro. Jak widać, wszystko da się załatwić. Zostajemy sami. Siostra jedzie do pracy. Podrzuca nas tylko do muzeum historii naturalnej, którego jedyną atrakcją jest widok na sąsiadujące z nim więzienie. Za chwilę wracamy na piechotę na jedno ze wzgórz, na którym znajduje się ładne i nowoczesne centrum Kigali. Nikt nas nie zaczepia. Nikt nie krzyczy „Muzungu!”. Nikt nie żebrze. Nikt nie próbuje nam niczego nachalnie wcisnąć. Jest przyjemnie. To naprawdę zaskoczenie. I ta czystość i porządek. Jak oni to zrobili i to po takiej tragicznej historii? Siadamy w knajpce La Gallet i w przyjemnym cieniu sączymy piwko, próbując odszyfrować tajemnice tutejszej telefonii komórkowej. Kupiliśmy kartę SIM i próbujemy się dodzwonić do księdza Grzegorza. Mamy jutro spać na misji w Nyakinamie. Okazuje się, że przypadkiem załatwiliśmy sobie podwózkę do Nyakinamy, bo Grzegorz akurat jest w Kigali. Bomba! Ale jak z tego telefonu wysłać smsy? Na razie nic z tego. Polskie telefony też nam nie pomagają. Znowu nic do nas nie dociera (żadne sms-y). Znowu nie będzie z nami kontaktu. Ważne, że chociaż w Rwandzie możemy być pod telefonem, a kontakt z Polską jakoś sobie wymyślimy. Umawiamy się z Benjaminem, drugim bratem i idziemy razem do autobusu, który wiezie nas na bagna u stóp wzgórza, na którym mieszka nasza rodzinka. Stamtąd już na piechotę, krętymi i wąskimi ścieżkami pomiędzy domkami docieramy na miejsce. Benjamin mówi lepiej po angielsku niż siostra, więc dowiadujemy się paru ciekawych rzeczy na temat Rwandy. Opowiada nam o tym, że pochodzi z Burundi i jak miał kilka lat to z rodziną wrócił do Rwandy. Na tym etapie nie wiemy, czy nasza rodzinka jest Tutsi, czy Hutu. To w sumie nie ma dla nas żadnego znaczenia, poza chęcią zaspokojenia ciekawości. Benjamin opowiada dalej o studiach, o zatruciu rybą nad jeziorem Tanganika i o systemie społecznym panującym w Rwandzie. Słuchamy z zaciekawieniem, ale też z dystansem. Wszystko, co mówi wydaje się ciekawe, słuszne, itd. Ale, czy to nie są tylko hasła wkładane Rwandyjczykom do głów przez tutejsze władze? Chyba nigdy się tego nie dowiemy. Idea płacenia wysokich kar za przewinienia, przestępstwa, śmiecenie itp. wydaje nam się słuszna. Idea płacenia specjalnych opłat/podatków na cele społeczne (fundusz bezpieczeństwa na wypadek kłopotów finansowych państwa) również. Tylko, czy te pieniądze rzeczywiście są odkładane przez państwo? Czy z nich sfinansuje się niezbędne wydatki, gdy skończy się międzynarodowa pomoc finansowa od innych krajów udzielana Rwandzie? A może te pieniądze wydawane są na podsycanie konfliktu w Kongo? Nigdy się tego nie dowiemy. I większość Rwandyjczyków pewnie też. W międzyczasie Mama przygotowała pyszne jedzenie. Mnóstwo jedzenia. Najadamy się do syta. Mięso (kilka rodzajów), dziwna zielona roślina, ni to szpinak, ni to kapusta, ziemniaki, banany. Posiłek specjalnie dla nas. Pyszny. Normalnie większość Rwandyjczyków jada raz dziennie ogromny posiłek. Dlaczego? Bo na więcej ich nie stać. Bo nie mają pieniędzy. Powoli nadciąga zmierzch. Mama postanowiła nas jeszcze ugościć napojami. Oczywiście chcemy colę. Czytaliśmy też o bananowym piwie. Da się załatwić. I po chwili po raz pierwszy smakujemy tutejszego specjału. Słodkie, mocne (ok.12%), trochę kwaśne i nieco śmierdzące. Ale dobre. Będziemy je pić częściej – oj znacznie częściej. A może i do Polski przywieziemy na spróbowanie? Siedzimy na werandzie i opowiadamy o Polsce, słuchamy o Rwandzie i słuchamy muzyki. Proszę o nagranie paru tutejszych kawałków. Jest nieco parno i gorąco. A tymczasem Mama ponownie serwuje rwandyjskie specjały. Znowu dużo. Nasza rodzinka rzeczywiście ładuje na talerze solidną porcję wszystkich specjałów. My jesteśmy pełni. Ale nie odmawiamy. Powoli trzeba jednak iść spać. Dwie małe dziewczynki, córki Francine grzecznie do nas przychodzą i całują nas na dobranoc jak pozostałych członków rodziny. To miłe. My też powoli kończymy piwo i idziemy spać do naszej cisanej klitki. Kładziemy się na materacach, zasłaniamy moskitierę i tak oto kończy się nasz pierwszy dzień w Rwandzie. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Rwandy na mojej stronie: [url='http://www.stronagerbera.pl']http://www.stronagerbera.pl[/url] 28-03-2013 15:42Hamburg skuty lodem, cz. 3http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/94[i]Podróżnicy z portalu BiletyAutokarowe.pl kontynuują poznawanie Hamburga.[/i] [b]Nieprzypadkowe miasto[/b] Następnego ranka ruszamy w trasę, rześcy i gotowi, posileni śniadaniem w hotelowej jadłodajni – niestety pozbawionym niemieckich akcentów. Wieczorem trzeba wracać do Polski, w pozostałym czasie postaramy się więc zwiedzić Stare Miasto i port. Nasza droga prowadzi przez Ballindamm, czyli ulicę położoną nad jeziorem Binnenalster – mniejszym bratem Aussenalster leżącego po drugiej stronie kanału. Oba akweny tworzy przepływająca tędy rzeka Alster. Skuta lodem tafla jeziora emanuje zimnem, przed którym nie chronią nawet grube kurtki. Dochodzimy do rozległego placu, nad którym góruje neorenesansowy ratusz, który w roku 1897 zastąpił swojego zniszczonego w pożarze poprzednika. Towarzyszy mu rzeźbiona miniatura historycznej zabudowy miasta. Następnie zagłębiamy się w uliczki: Bleichen, Adolphsplatz, Grossen Burstah, Neue Burg i inne, aż trafiamy na Willy Brandt Strasse i Deichtorplatz. Zróżnicowanie architektoniczne Hamburga jest zadziwiające. Zabytkowe kamienice przeplatają się z przytłaczającymi, nowoczesnymi biurowcami; gigantyczne mrówkowce stoją naprzeciw niegdysiejszych spichlerzy; brzegi przecinających tę część miasta kanałów ciągną się wysoko, przechodząc w elewacje kolorowych budynków. W niebo, ponad to wszystko, pną się dźwigi. Rozbudowa Hamburga trwa cały czas. Pod względem architektonicznym to prawdziwy magiel. Takie jest dziedzictwo drugiej wojny światowej: naloty dywanowe zrównały duże fragmenty miasta z ziemią. A jednak nowe i stare jakoś ze sobą współgra. Hamburg-Mitte sprawia wrażenie okręgu przemyślanego i spójnego, w którego budowie oraz odbudowie nie uczestniczył przypadek. [b]Co lubią Hamburczycy[/b] Hamburczycy chętnie używają rowerów. Do czego? Prawdopodobnie do przemieszczania się od pomnika do pomnika. Posągi muszą być tutaj lubiane, ponieważ są praktycznie wszędzie: przy kościołach, w pobliżu zabytkowych budowli, na rynku, na dziedzińcu ratusza, w pobliżu muzeów, na większych ulicach, na placach. Jeszcze więcej niż pomników znajdziesz sklepów z indyjską odzieżą, najczęściej skumulowanych na niewielkiej powierzchni, na terenach mniejszości narodowych. Kawiarni również jest sporo, zaś ich menu wydaje się kosmopolityczne. Nie rzuca się w oczy niemieckie zamiłowanie do potraw ciężkich i tłustych, choć w McDonaldzie znajdziesz bułkę z białą kiełbasą. Niestety, nigdzie nie podadzą ci herbaty z cytryną. Hamburczycy palą, i to namiętnie. Reklamy papierosów są najczęstszą treścią billboardów, a trzaskający mróz nie odstraszy klientów knajp i restauracji od zajmowania miejsc przy stolikach ustawionych na zewnątrz lokalu. Wszystko dla dymka? Trudno powiedzieć. Minus dziesięć stopni to za mało, żeby skłonić wielu tubylców do założenia czapki czy ciepłej kurtki, więc kawa na świeżym powietrzu nawet w takich warunkach może być dla nich przyjemnością. [b]Czas wracać[/b] Pogoda nie dopisuje; jest pochmurno, zimno, a na dodatek zaczyna się ściemniać. Do odjazdu naszego autokaru zostało jeszcze parę godzin, więc nie chcielibyśmy ich zmarnować. Kierujemy się na południe, do portu, robiąc przystanki przy galerii fotografii Deichtorhallen, zabytkowych spichlerzach Speicherstadt i Międzynarodowym Muzeum Morskim – Internationales Maritimes Museum. Czujemy już ziąb ciągnący od Łaby, kiedy drogę niespodziewanie zagradza nam siatka. Tędy nie dojdziemy; prowadzone są jakieś prace remontowe. Spoglądamy na zegarek: za późno, aby obchodzić przeszkodę. Trzeba wracać. Ale przecież nie widzieliśmy jeszcze tylu rzeczy: parku miniatur, muzeum łodzi podwodnych, ogrodu botanicznego, pomnika Bismarcka... Miasto jest wielkie, a nasz czas ograniczony, wracamy więc do dworca na Adenauerallee 78, nadkładając nieco drogi, aby spojrzeć na jezioro Aussenalster i raz jeszcze zobaczyć panoramę Starego Miasta znad Binnenalster. Wieczorem wygląda uroczo. Dworzec. Przed dwudziestą na stanowisko numer 12 podjeżdża autokar Sindbada - największej platformy autokarowej w Polsce. Pojazd marki Setra to autobus klasy lux, wyposażony w toaletę, barek, regulowane fotele, odtwarzacze DVD. Wiemy, że podróż będzie wygodna, ale mimo wszystko... wolelibyśmy tu zostać. No cóż, czas pożegnać się z Hamburgiem – przestronnym, czystym, majestatycznym i zróżnicowanym miastem, zaskakującym pod wieloma względami. Mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję tu wrócić. * * * Portal www.BiletyAutokarowe.pl dziękuje linii Sindbad za udostępnienie biletów do Hamburga i z powrotem. [url=http://www.biletyautokarowe.pl/sindbad]Bilety Sindbad[/url] kupicie w naszym serwisie - szybko i w najlepszych cenach.11-03-2013 11:26Hamburg skuty lodem, cz. 2http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/93[i]Podróżnicy z portalu BiletyAutokarowe.pl kontynuują poznawanie Hamburga.[/i] [b]Hamburg transportem stoi[/b] Jest już po siódmej, ale nadal panują egipskie ciemności; co więcej, ulice wciąż są kompletnie wyludnione. Gdzie podziali się wszyscy ludzie idący do pracy? - myślimy, wchodząc do zabytkowego budynku dworca kolejowego. Natychmiast otrzymujemy odpowiedź. Perony są pełne, a co jakiś czas z pociągów wylewa się fala pasażerów, która opuszcza dworzec i znika gdzieś na szerokich, przepastnych wręcz ulicach. Hamburg to niezwykłe przestronne miasto, które nawet w godzinach szczytu trudno uznać za przesadnie zatłoczone. Tłumy jakoś tu giną. Dworzec Hauptbahnhof to coś więcej niż kolejowa stacja; to prawdziwe centrum Hamburga, przez które codziennie przewijają się tysiące ludzi. Można znaleźć tu sklepy z pamiątkami, restauracje, bary szybkiej obsługi, kawiarnie, a wreszcie informację turystyczną. Od dworca autokarowego dzieli go może sto metrów, zaś przy obu wyjściach znajdują się postoje pełne taksówek kremowego koloru. Niezależnie od tego, jaki środek transportu wybierasz, do przystanku masz blisko. Również jeżeli udajesz się w podróż lotniczą. Na lotnisko możesz pojechać taksówką (za około 25 euro), miejskim autobusem (ok. 2,5 euro) lub koleją (za zbliżoną cenę). Podróż pociągiem trwa równo 24 minuty, zaś linia kursuje co 10 minut, więc inne opcje wydają się zbędne. Wylatujesz z Lubeki czy Bremy? To także nie problem. Autobus Ryanair zabierze cię z dworca autokarowego. Jeżeli poruszasz się w obrębie miasta, możesz wykorzystać metro, choć najwygodniejszym pojazdem jest rower. Nie bez przyczyny jednoślady są przypięte do niemal każdego płotka, poręczy czy słupka; spotkasz je co krok nawet w zimie, i to w miejscach, w których najmniej byś się ich spodziewał. Słowem: Hamburg transportem stoi, czemu trudno się dziwić, jako że jest to miasto portowe – trzecie największe w Europie i piętnaste na świecie. [b]Centrum uwagi[/b] Pierwszy dzień spędzamy na poznawaniu ścisłego centrum Hamburg-Mitte – głównego spośród siedmiu okręgów Hamburga. To niewielki obszar, ale niezwykle bogaty i różnorodny; jest tu i Muzeum Sztuki (Kunsthalle), Muzeum Sztuki i Rzemiosła (Museum für Kunst und Gewerbe), i Centralna Biblioteka (Zentralbibliothek), której strzegą gigantyczne posągi mężczyzny i kobiety, wyrzeźbione przez Stephana Balkenhola; są dwa dworce, cała masa dużych i małych sklepów, restauracje, stacje metra oraz zaskakująco wiele posterunków policji. Żeby zobaczyć to wszystko, trzeba czasu; nawet nie zauważamy, gdy nadchodzi wieczór. Bunkrujemy się w restauracji Din Hau na Kurze Mühren 6. Zdążyliśmy się przekonać, że jeśli chcesz zjeść dobrze i niezbyt drogo, powinieneś zjeść u Azjatów. To ludzie o specyficznym podejściu do kuchni; nie dość, że gotują bardzo dobrze, to na dodatek uważają, że „mała porcja” oznacza dużą porcję zmieszczoną na mniejszym talerzu. Na noc wracamy do hotelu. Ku naszemu rozczarowaniu Wikinger Hof nie ma nic wspólnego z wikingami - to lokal egipski. Z jakiegoś powodu nasz pokój nie jest dostępny, więc recepcjonista prowadzi nas do położonego obok hotelu Mercedes. Nie mamy powodów do narzekań: lokal wydaje się nowocześniejszy. Płacimy 38 euro, choć miało być 37 – płatność kartą obarczona jest dodatkowymi kosztami. Niestety nie mamy gotówki. Czy w takich sytuacjach ktoś jej jeszcze używa? * * * Kolejna część - w przyszłym tygodniu. A w międzyczasie zapraszamy do naszego serwisu BiletyAutokarowe.pl, gdzie kupicie bilety nie to do Niemiec, ale także na [url=http://www.biletyautokarowe.pl/polska-francja]autokary do Francji[/url], Anglii, Włoch... praktycznie do całej Europy.27-02-2013 11:18Hamburg skuty lodem, cz. 1http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/92Miasto rowerów, sklepów z indyjską odzieżą i pomników, w którym brakuje tylko jednego: herbaty z cytryną. Oto Hamburg - metropolia, którą wysłannicy portalu www.BiletyAutokarowe.pl odwiedzili dzięki uprzejmości przewoźnika Sindbad. Mija jedenaście i pół godziny od wyjazdu z Gliwic, gdy z głośników w autokarze dobiega głos pilota: dochodzi szósta rano, jesteśmy w Hamburgu, prosimy nie zapomnieć o bagażu podręcznym. Autokar zawija do zatoczki na nowoczesnym dworcu; rozprostowujemy nogi i wysiadamy, obserwując załogę wydającą podróżnym bagaże. Przybyliśmy do celu punktualnie, co robi wrażenie, biorąc pod uwagę, że pokonaliśmy ponad 880 kilometrów. Zimą, czyli w nie najlepszych warunkach. Rozglądamy się dookoła. Nadal jest ciemno. Na ulicach pustki. Sklepy wciąż zamknięte. Do chwili, gdy będziemy mogli zameldować się w hotelu, pozostało jeszcze kilka godzin. Cały wielki Hamburg pozostaje do naszej dyspozycji. Trochę po omacku rozpoczynamy jego poznawanie. [b] Duch historii[/b] Dzieje Hamburga sięgają IV wieku p.n.e.; wtedy to niedaleko ujścia rzeki Łaby zaczęli osadzać się Sasi. Zalążkiem dzisiejszego ogromnego miasta, rozpościerającego się na powierzchni 755 kilometrów kwadratowych i przewyższającego liczbą ludności Warszawę, był kościół wzniesiony przez Karola Wielkiego w IX wieku. Wokół świątyni zbudowano warownię Hammaburg, która miała z czasem stać się Hamburgiem – jednym z najważniejszych miast portowych średniowiecza. Rzeką Łabą transportowano w głąb kontynentu ryby, sukna, kawę, kakao oraz wiele innych towarów, zaś w świat wyruszały beczki pełne doskonałego hamburskiego piwa. Choć spora część miasta została zrównana z ziemią podczas bombardowań w II wojnie światowej, w Hamburgu nadal czuć ducha historii. Zanim zaczniemy wycieczkę, przekraczamy próg dworca, żeby w cieple, bez pośpiechu zastanowić się, dokąd pójść. Budynek wygląda interesująco: przeszklona konstrukcja, mieszcząca biura popularnych linii autokarowych, nie jest wielka, ale czysta i przyjemna estetycznie. W okienkach Sindbada, Becker Reisen czy EST konsultanci mówią po polsku, dzięki czemu jest to dobry punkt zaczepienia dla przyjezdnych. Na razie jednak wszystko jest zamknięte, postanawiamy więc, że sprawdzimy, gdzie znajduje się nasz hotel. Po opuszczeniu dworca uderza nas siarczysty mróz, ale nie zwracamy na to większej uwagi. W końcu przyjechaliśmy tu, żeby zwiedzać. [b] Hotelowe centrum świata[/b] Położona kilkadziesiąt metrów od dworca ulica Steindamm to prawdziwe hotelowe centrum świata; potknij się, a wpadniesz na lokal z noclegami. Wysoka klasa miesza się tu z przeciętnością, a dbałość z zaniedbaniem. Co prawda ulice Hamburga są zadziwiająco czyste – natkniesz się co najwyżej na niedopałki - ale elewacje mniejszych i starszych budynków zdążyły obrosnąć warstwą brudu i kontrastują ze szklanymi wieżami, wypolerowanymi do połysku. Na pierwszy rzut oka możesz zorientować się, gdzie znajdziesz nocleg za mniej niż 40 euro za dobę. Nasz pokój ma kosztować tylko 37 euro, więc nie oczekujemy fajerwerków. I słusznie, bo Wikinger Hof to wąski hotel wciśnięty między dwa większe; budynek tak niepozorny, że łatwo można by go przeoczyć, przeskakując wzrokiem po nowocześniejszych, znacznie większych konstrukcjach. Jest jeszcze coś w ulicy Steindamm; coś, co dostrzeżemy dopiero wieczorem. Wczesnym rankiem wzrok przyciągają podświetlone szyldy hoteli, ale po zapadnięciu zmroku dołączają do nich neony bardziej egzotycznych przybytków. Hotel, kasyno, sex shop, hotel, kasyno, sex shop – regularność jest zdumiewająca i zapewne nieprzypadkowa. Na razie jednak nieświadomie przechodzimy obok wygaszonych reklam, kierując się w stronę dworca kolejowego, który o tak wczesnej porze jest jedynym miejscem zdradzającym objawy życia. [i]Ciąg dalszy nastąpi[/i] Bilety na [url=http://www.biletyautokarowe.pl/polska-niemcy]autokary do Niemiec[/url] kupicie w portalu BiletyAutokarowe.pl. Serdecznie zapraszamy - zapewniamy najlepszą obsługę i ceny takie same jak u przewoźnika.21-02-2013 09:44Czego nie widzi pasażerhttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/91[b]Jak wygląda podróż międzynarodowym autokarem? Czy kierowca to najważniejszy członek załogi? Co robi pilot i kto może nim zostać? Czy trzeba martwić się o bagaż? Udajemy się do Hamburga, aby w trasie poznać tajemnice Sindbada - największej platformy autokarowej w Polsce.[/b] 22 stycznia 2013, Gliwice. Wyjątkowo mroźne popołudnie - choć patrząc na zdjęcia, mógłbyś przysiąc, że to ciemna noc. Dwoje wysłanników portalu BiletyAutokarowe.pl przybywa do zajezdni PKS, będącej jednocześnie miejscem przystankowym Sindbada: największej platformy autokarowej w Polsce i jednej z największych w Europie. Jest dwadzieścia po piątej; do odjazdu pozostała ponad godzina. Miejsce wydaje się opustoszałe. Nie bardzo wiemy, dokąd pójść; na szczęście z dyżurki wychodzi nam na spotkanie pan Tomasz – dyspozytor odpowiedzialny za przyjmowanie autokarów i organizację przesiadek. Dwie kawy później przybywa pani Aneta Kolasińska: przedstawiciel linii, a zarazem nasz przewodnik, który wyjaśni zawiłości organizacji podróży, a także pomoże dostrzec i zrozumieć zjawiska, na które przeciętny podróżnik nawet nie zwróci uwagi. Około 18:00, na pół godziny przed planowanym odjazdem, dworzec ożywa. Pojawiają się pierwsze anteny – autobusy lub mikrobusy dowożące osoby z miejscowości nieobsługiwanych w ramach głównej linii. Kiedy podjeżdża autokar nr 62, który zabierze nas przez Opole, Wrocław, Legnicę i Berlin aż do Hamburga, rozpoczyna się ceremonia przesiadki. [b]Ceremonia[/b] Nie ma w tym określeniu wielkiej przesady. Przesiadka to dla załogi niemal obrządek, choć dla pasażerów jest to czynność szybka i zwykle bezproblemowa. Dyspozytor decyduje, na których stanowiskach ustawić autokary, aby umożliwić szybkie przeniesienie bagaży i ułatwić podróżnym znalezienie swojego pojazdu. Pasażer musi przenieść wyłącznie bagaż podręczny. Ciężkie walizy przeładowują bagażowi, korzystając z pojemnych wózków, a jeśli przesiadka ma miejsce na małym przystanku, zadanie to spada na kierowców. Ryzyko zgubienia bagażu, pomylenia go czy przeniesienia do niewłaściwego autokaru jest minimalne. Każda sztuka jest oznaczona imieniem i nazwiskiem pasażera, kodem połączenia, a także kolorystycznym kodem bezpieczeństwa; gdy choć jeden z tych elementów nie zgadza się z manifestem pokładowym, załoga natychmiast wyjaśnia wątpliwości. Mimo wszystko warto we własnym zakresie podpisać bagaż imieniem i nazwiskiem. Walizki wyglądają podobnie, toteż łatwo je pomylić – jeśli nie w trakcie jazdy, to już po zakończeniu podróży i odpięciu metryczki. Kiedy pasażerowie z anten są zajęci przesiadką, nowi podróżni – wśród nich my – zgłaszają się do pilota, który sprawdza bilet i wyznacza miejscówki. Wiele osób chciałoby usiąść z przodu pojazdu, przy oknie; w miarę możliwości ich życzenia są spełniane, choć nie sposób zadowolić każdego. Trudno byłoby pomylić autokar lub zgubić się podczas przesiadki. Dzięki informacjom z karty pokładowej pasażer wie, kiedy i do jakiego pojazdu powinien się przesiąść; pilot przekazuje tę informację także w trakcie podróży. Dane podróżnika są sprawdzane przed wejściem na pokład i już w trakcie jazdy, a pasażerowie są liczeni jeszcze przed ruszeniem z przystanku. Przesiadka zajmuje maksymalnie pół godziny. Autokary są zgrane w czasie, dzięki czemu podróżni nie muszą bezczynnie czekać na przyjazd swojego pojazdu. Anteny z różnych przyczyn spóźnione są kierowane na dalsze przystanki, aby po drodze nadrobić stracony czas. Komunikacja między pojazdami odbywa się bezpośrednio – piloci zawsze wiedzą, gdzie znajdują się inne autokary i szybko reagują na korki, objazdy czy inne przeszkody. Z punktu widzenia pasażera przesiadka to nic szczególnego; chwilowa niedogodność, czy może okazja do rozprostowania nóg, o której zapomina się w minutę po ruszeniu w dalszą drogę. Dla przewoźnika to jednak duże przedsięwzięcie logistyczne, wymagające skoordynowania nawet kilkunastu autokarów oraz kilkudziesięciu członków obsługi. Każdego dnia w Gliwicach odbywa się do 600 przesiadek. Można ostrożnie założyć, że każdy z pasażerów wiezie ze sobą ważącą 10 kilogramów walizkę. To oznacza, że stacjonująca na dworcu ekipa Sindbada przeładowuje w ciągu doby nawet sześć ton bagażu – a mówimy tylko o jednym z kilkuset obsługiwanych przez linię przystanków. Jednym słowem: jeżeli nie zauważyłeś ogromu pracy wkładanego w organizację przesiadek, przewoźnik dobrze wywiązał się z obowiązku. [b]Wyjątkowy członek załogi[/b] Usadzeni, rozkurtkowani i przeliczeni zaczynamy podróż. Na telewizyjnych ekranach wyświetlany jest film dotyczący zasad korzystania z pojazdu, a w międzyczasie pilot raz jeszcze sprawdza bilety i upewnia się, że pasażerowie mają dokumenty niezbędne do przekroczenia granicy. Wbrew pozorom pilot nie jest odpowiednikiem lotniczego stewarda. Inna, bardziej odpowiednia nazwa jego stanowiska to „kierownik drogi”. W podróże międzynarodowe udaje się jeden pilot i co najmniej dwóch kierowców (na dłuższych trasach – trzech), zaś załogi wymieniają się co kilkanaście godzin. Kierownik drogi to postać, której nie spotkacie w wielu innych liniach: nadzoruje kurs, a jego głównym obowiązkiem jest dbanie o bezpieczeństwo pasażerów. Ale to tylko czubek góry lodowej. Lista zadań pilota jest długa: wypełnia dokumentację i spisuje raporty podróży, koordynuje kurs, porozumiewając się z załogami innych autokarów; uczestniczy w organizacji przesiadek. Sprawdza, czy kierowca nie traci koncentracji, czy nie przekracza dozwolonego czasu pracy, czy jedzie właściwą drogą. Informuje o zbliżających się przystankach, odpowiada na pytania pasażerów, oferuje napoje. Pilot to osoba kontaktowa i uprzejma, zawsze z uśmiechem podająca zamówioną kawę – tak jak steward na pokładzie samolotu. Wymagania wobec kandydatów są jednak znacznie większe. Znajomość co najmniej jednego obcego języka, zdolności organizacyjne, wytrzymałość niezbędna do odbywania wielogodzinnych podróży – to podstawy kwalifikujące chętnych do udziału w czteroetapowym szkoleniu. Kandydat musi nauczyć się korzystać z tabeli kursów, która na pierwszy rzut oka wygląda jak przypadkowy zbiór kolorowych znaków, a w rzeczywistości jest narzędziem do koordynacji kilkudziesięciu przewozów jednocześnie. Musi poznać charakterystykę mnóstwa tras, odbyć jazdy próbne i zdać test sprawdzający znajomość przepisów oraz umiejętności działania w nagłych wypadkach. Innymi słowy: podczas podróży kawę podaje nie kelner, ale specjalista od nadzorowania długich, trudnych, wymagających podróży. [b] No to jazda![/b] Do Hamburga wiezie nas S 415 GT HD – typowy przedstawiciel floty Sindbada, złożonej w całości z autobusów niemieckiej firmy Setra. Dla pasażera to po prostu pojazd z regulowanymi fotelami, toaletą, osobistym oświetleniem, nawiewem, ekranami telewizyjnymi, barkiem. Na pierwszy rzut oka jego wnętrze przypomina wnętrze pasażerskiego samolotu i robi dobre wrażenie - ale ważniejsze jest to, czego nie widać. Pojazdy Setry wyposażone są w zabezpieczenia na wypadek zderzenia czołowego, elektroniczny program stabilizacji, aktywne wspomaganie hamowania oraz inne systemy zwiększające bezpieczeństwo jazdy. Silniki spełniają normy emisji spalin, które dopiero mają wejść w życie. Średni wiek taboru Sindbada to 3 lata, więc jesteśmy pewni, że i nasz autokar spełnia europejskie standardy. Skoro z pojazdu byli zadowoleni piłkarze światowych reprezentacji, których linia woziła podczas Euro 2012, to i my nie powinniśmy mieć powodów do narzekań. Słowem: jest wygodnie i bezpiecznie. A wrażenia z samej jazdy? Oglądamy film i staramy się na niej nie skupiać; to żadna tajemnica, że długie podróże są, no cóż, długie. Jedziemy w nocy, a zatem po opuszczeniu dobrze oświetlonego miasta nie sposób podziwiać widoków. Taka jest cena jazdy po pustych drogach. Pozostaje nam patrzeć w telewizor, czytać, rozwiązywać krzyżówki albo spać. Pierwsza z możliwości odpada około pierwszej w nocy – ekrany są wyłączane, aby pasażerowie mogli odpocząć w ciszy. Z naszego punktu widzenia to dziwna decyzja: dźwięk nie jest głośny nawet kiedy siedzimy blisko ekranu, a po wyłączeniu telewizji słychać radio słuchane przez kierowców. W przeciwieństwie do niektórych pasażerów nie potrafimy spać w drodze, więc całonocny maraton filmów umiliłby nam podróż. Nasza przewodniczka wyjaśnia jednak, że seanse zaczęto przerywać na wniosek samych pasażerów – musimy więc należeć do mniejszości. Po kilku przystankach w Polsce docieramy do granicy; parę kilometrów przed nią jakość dróg nagle się poprawia. Szybka kontrola straży granicznej i zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Podczas gdy kierowca tankuje pojazd, pasażerowie mogą rozprostować nogi, zaopatrzyć się w sklepiku albo odpowiedzieć na zew natury w dostępnej na stacji toalecie. Nadarza się okazja, by zadać pilotowi pytanie dręczące nas od lat: dlaczego nie wolno korzystać z toalety w autokarze podczas postoju? Odpowiedź jest prostsza niżbyśmy oczekiwali: pojemność zbiornika jest ograniczona, więc jeśli można załatwić potrzebę na zewnątrz, warto to zrobić. Nie mija mgnienie oka, a znów jedziemy. Kiedy wjeżdżamy na niemiecką autostradę... zatrzymuje się czas. Droga jest idealnie, doskonale, nieskończenie równa, a za oknem widać tylko ciemną pustkę. Można odnieść wrażenie, że pojazd stoi w miejscu. Wbrew pozorom to najtrudniejsza część trasy, przynajmniej dla nas: jak nigdy wcześniej uderza wówczas monotonia. Na krótką chwilę ożywia nas Berlin, z opustoszałymi nocą szerokimi drogami i mocnym oświetleniem, ale po krótkim przystanku na dworcu znów wjeżdżamy na płaską jak stół, otępiającą autostradę. Zjedziemy z niej dopiero w odległym Hamburgu. [b]Wysiadka[/b] Z głośników dobiega głos pilota: dochodzi szósta rano, jesteśmy w Hamburgu, prosimy nie zapomnieć o bagażu podręcznym. Już szósta? Najwyraźniej udało się zasnąć. Autokar zawija do zatoczki na efektownym dworcu; rozprostowujemy nogi i wysiadamy, obserwując załogę wydającą podróżnym bagaże. Przybyliśmy do celu punktualnie, co jest zadziwiające, biorąc pod uwagę, że jechaliśmy przez jedenaście i pół godziny, pokonując ponad 880 kilometrów. W zimie, czyli w nie najlepszych warunkach. Żegnamy się z załogą Sindbada i rozglądamy dookoła. Nadal jest ciemno. Na ulicach pustki. Sklepy wciąż zamknięte. Do chwili, w której będziemy mogli zameldować się w hotelu, pozostało jeszcze kilka godzin. Cały wielki Hamburg pozostaje do naszej dyspozycji. Trochę po omacku rozpoczynamy jego poznawanie... Ale o tym napiszemy następnym razem. * * * Redakcja portalu www.BiletyAutokarowe.pl dziękuje firmie Sindbad za udostępnienie biletów oraz udzielenie mnóstwa ciekawych informacji dotyczących organizacji podróży autokarowych. [url=http://www.biletyautokarowe.pl/sindbad]Bilety autokarowe Sindbad[/url] kupisz w naszym serwisie - nie doliczamy ani grosza prowizji!18-02-2013 11:05Egipt 7+7 Triada Zwiedzanie cz. 16http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/89[b]Dzień zaczyna się o godzinie 2:30 czyli po jakichś …dwóch godzinach snu. Jak zawsze dzwonią z recepcji i nas budzą (tak było we wszystkich hotelach na trasie objazdu).[/b] Po raz pierwszy plan Triady na wyjeździe trochę się rozsypał. Miały być planowo o 2:50 wyłożone bagaże za drzwi pokoju i tak uczyniliśmy. Pojawił się jednak problem, bo cześć osób stwierdziła, że chce sama znieść swoje bagaże, aby być pewnym że dotrą one w ostatni dzień do autokaru. My nasze wystawiliśmy za pokój i jak się okazało nic nie wskazywało na to, że ktoś je do autobusu zaniesie. W końcu sami je znosimy a na pytanie nowego pilota Triady (bo jak pisałem p. Magda pojechała na kolejny objazd) dlaczego znosimy sami, powiedział, że ktoś z grupy poprosił żeby samemu znosić. Na pewno nie my prosiliśmy wiec, czemu za nas zdecydowano? O 2:30 po 2h snu ciężko ustać na nogach a co dopiero dźwigać bagaże, ale trudno. Godzina 3:10, zaplanowany wyjazd autokaru, ale drobny szczegół - autokaru nie ma. Spóźnił się prawie godzinę, wszyscy wkurzeni na maksa, po co było tak wcześnie wstawać? W końcu ruszamy. Autobus już inny, nie ten, co nas woził podczas całego objazdu. Ten jest gorszy, nie wygodny, cala podroż do Hurghady to dramat, zasnąłem może na 1h. Wracamy nowo wybudowaną obwodnicą. Piękna droga, caluteńki czas prawie prosto, praktycznie zero zakrętów (600km.). Po drodze widzimy rafinerie, morze (na które możemy już tylko patrzeć) ciągnie się większość drogi po lewej stronie. Widzimy znów jak busik leży w rowie na dachu, może kierowca zasnął? Tam kompletnie na drodze nic się nie dzieje, cały czas monotonna jazda prosto. Na lotnisko docieramy o 10:30. Pilot przestrzega, że karą za wywiezienie czegokolwiek z Egiptu z morza jest 500$ i nie ważne czy znalazło się to na plaży, kupiło na targu i czy jest to wielkości 2 cm. Po odprawie chodzimy po sklepach bezcłowych. Są w środku dwa Duty Free oraz kilkanaście sklepików z pamiątkami. To dla tych, co zapomnieli coś kupić - jednak ceny tam mają bardzo duże. Za chałwę, która normalnie w sklepie kosztuje 4 LE sprzedawca chce 5$. Samolot rusza z opóźnieniem chyba 10-cio minutowym, naszym kapitanem jest p. Wieczorek z tego co wiem jest to mistrz w swoim fachu. Rzeczywiście lot cudowny, tak poprowadzony, że nie czuje się praktycznie zmian ciśnień. Lecę po raz pierwszy w dzień! Niesamowite wrażenie widzieć tak daleko ciągnącą się ziemię, wszystko takie malutkie. Wpierw cudowne morze czerwone - z lotu ptaka wygląda niesamowicie! Wszędzie turkusowy kolor, wysepki i stateczki. Później pustynia. Staramy się dojrzeć piramidy przelatując nad Kairem - na próżno. ani znajomi po lewej stronie ani my po prawej ich nie widzimy - może były centralnie pod samolotem? :-) Zaczyna się robić zielono i zaczynają się pojawiać chmury /długo ich nie widzieliśmy/ - w pewnym momencie pod nami, gdzie nie sięgnie się wzorkiem. są tylko chmury. Wygląda to jak planeta z waty cukrowej czy ze śniegu! Później już jest bardzo zielono, docieramy nad Europę. Lądowanie super profesjonalne, nie czuć nawet zetknięcia z ziemia, następują brawa i jesteśmy w Polsce. Tu mila niespodzianka, na zewnątrz 16 stopni, nie musimy przebierać się z krótkich spodenek. Następuje oczekiwanie na odjazd autokaru do Krakowa. Autokar przyjechał idealnie o czasie, przywiózł zresztą nowych turystów lecących do Hurghady. Do Krakowa docieramy gdzieś kolo 20:00. Jestem strasznie zmęczony tym maratonem. Z pełną świadomością już mogę potwierdzić, że wołałbym wpierw zwiedzać a później odpoczywać. [b]Podsumowanie[/b] Egipt jest niesamowity w każdym względzie. Totalnie różny, wspaniały, egzotyczny. Rewelacyjny ze swoimi zabytkami, szokujący z bogactwem morza RED SEA! Zabytki w większości robią ogromne wrażenie, zwłaszcza piramidy! Zakochałem się natomiast w morzu czerwonym, eh łza się kręci w oku jak przypomnę sobie rafę i jej mieszkańców. Aby zaś nie pisać tylko w samych superlatywach o Egipcie mogę napisać in minus, że na dłuższą metę męczący są Egipcjanie. Ale to naprawdę nie jest wcale problem. Następnym razem z czystym sumieniem pojadę do Egiptu tylko leżeć, bo kraj praktycznie cały widziałem (teraz z perspektywy już tylu lat od tej podróży, mogę napisać, że wracałem do Egiptu jeszcze kilka razy już tylko nad Morze Czerwone – do Marsa El Alam). Jak już pisałem, wolałbym wpierw zwiedzać a później wypoczywać. Cała jazda na trasie objazdu to ogromny wysiłek, wczesne wstawanie, dużo obiektów do obejrzenia. Ale to wszystko nic w porównaniu z powrotem. Powrót to swoistego rodzaju maraton, pisząc te słowa sporo po powrocie muszę stwierdzić, że nie wiedziałem co się ze mną dzieje, jeszcze kilka dni po przylocie do kraju! Jest to oczywiście moja subiektywna ocena. Np. Marcin z Anią później mówili, że dla nich tak było lepiej. Jako ostatnie podkreślę, że jestem bardzo zadowolony z całości wypoczynku zorganizowanego przez firmę BP Triada. Dużo się czyta na Internecie złych rzeczy o różnych biurach podróży. Z moich obserwacji co poniektórych turystów, z którymi zwiedzaliśmy, przestaję się dziwić skąd pojawiają się takie opinie. Ludzie potrafią być na wyjeździe bardzo zmanierowani. Przeszkadza im każdy drobiazg. Często wynika to z nieznajomości nawet w podstawowym stopniu języka angielskiego. Ciężko im się jest dogadać, oczekują więc, że będą prowadzeni przez rezydentów czy pilotów jak dzieci za rączkę! Wyciągajcie z informacji, z opowieści ludzi tylko te rzeczy, które uważacie, że Wam się przydadzą (łącznie z tą relacją), zwłaszcza narzekania dzielcie przez pół. Pozdrawiam serdecznie. 07-12-2012 17:13Gaumardżos Gruzja - część 8 ostatniahttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/88Po 6 rano dojeżdżamy do Tbilisi. Zamiast czekać bez sensu do wieczora w Tbilisi pojedziemy do Telavi. Tylko bagaże trzeba gdzieś skitrać. Jest przechowalnia (po rosyjsku kamera chranienia). W obrzydliwym, starym, ciemnym i śmierdzącym przejściu podziemnym pomiędzy peronami. Zaufania nie budzi. Ale i tak zostawiamy plecaki. Bagaże dostają kartkę i numerek 54. Za 10 lari lądują na półce z namazanym kredą na ścianie numerem 54. Gdyby nie ta kamera chranienia to nie zaryzykowalibyśmy wejścia do tej paskudnej nory. Jedziemy na inny dworzec. Jest przyjemny rześki poranek – zupełnie jak pierwszego dnia w Gruzji. Tu też przeszła jakaś burza i ulewa. Taksówkarz jak zwykle proponuje jazdę jego samochodem aż do Telavi. Uparliśmy się jednak na marszrutkę. Będzie o połowę taniej. W 2,5h docieramy na miejsce. Telavi to stolica Kachetii, kolejnego z regionów Gruzji, słynącego z dużej ilości winnic. Ale zły moment na zwiedzanie miasta trafiliśmy. To kolejne miasto w gigantycznym remoncie. Wszystko, po prostu wszystko w trakcie remontu. Ale jak skończą będzie wspaniale. Z braku ciekawszych zajęć idziemy na bazar kupić trochę pamiątek, trochę mielonej na miejscu kawy, gruzińskiego snickersa (zwanego „czurczchela”), czyli orzechów połączonych sznurkiem, otoczonych masą z soku z winogron gotowanych z mąką oraz cukrem. Oczywiście co dokładnie znajduje się w tym snickersie dowiedziałem się dopiero po powrocie, bo na bazarze nie byłem w stanie się dowiedzieć co kupuję. Po zakupach bierzemy dziadka z ładą i każemy się zawieść do winnicy Shumi. Dziadek ma łatwo. Za piątaka zjeżdża z nami z wyłączonym silnikiem przez parę kilometrów z góry i tylko chwilami włącza go żeby się ponownie rozpędzić. Z powrotem będzie miał gorzej. Spędzamy kilka chwil w winnicy smakując takie sobie wino i oglądając stare szklanki i garnki. Tak naprawdę delektujemy się ciepłem Kachetii. Decydujemy nie wracać do miasta tylko złapać marszrutkę albo stopa po drodze. Nie mija 15 minut i zatrzymuje się mercedes z wielkim Gruzinem za kierownicą i pijanym gościem obok. Mówią, że jadą do Tbilisi. Mamy wsiadać. Może być ciekawie. Obaj wyglądają na lekko wciętych. Gadka zbytnio się nie klei. Pędzimy na złamanie karku, jak to w Gruzji, wyprzedzając zawsze tam gdzie nic nie widać. Obyśmy dojechali w jednym kawałku. Nic nie słyszę z tego, co mówią. Nie ma na to szansy, Prędkość i otwarte okna skutecznie ich zagłuszają. Coś tam jednak opowiadamy o samochodach i innych pierdołach. Gruzin od razu chce się zaprzyjaźniać. Podaje swoje dane, numer telefonu i mówi, że potrzebuje wizy do Włoch. Nie lubię tego. Po drodze odbieramy jakąś forsę od faceta z innego samochodu. Zatrzymujemy się przy straganach i kupują nam figi, robaczywe śliwki i winogrona, a po chwili dorzucają czekoladę. Pojawia się też pomysł szaszłyków przydrożnych. Chyba nigdy nie jadłem świeżych fig. Pasażer wpada jeszcze do sklepu po browar i ruszamy dalej. Oj dobrze jest zawiany. Włączają nam ruską biesiadną muzykę i klaszczą w jej rytm śpiewając jednocześnie. Nie przeszkadza im to oczywiście w dalszym wyprzedzaniu pod górkę i na trzeciego. Wręcz przeciwnie. Mają fantazję. Są jednak dziwni. Ale na razi cieszymy się ich gościnnością. Dobrze chyba trafiliśmy. Nagle cała atrakcja odchodzi na bok. Agnieszce coś się stało w oko. Wygląda jak z horroru. Całe białko wokół źrenicy spuchło i zrobiło się galaretowate. Wygląda jakby miało się zaraz wylać. Ni diabła nie wiemy skąd to się wzięło. Czy coś wpadło do oka, czy ugryzło, czy może jakieś uczulenie się ujawniło. Może na te figi? Po paru minutach stajemy. Gruziński pasażer sika, a my dzwonimy do firmy na M po pomoc. Oddzwaniają po parunastu minutach. Nie mają podpisanych umów z żadną placówką w Tbilisi. Zlecają załatwienie sprawy korespondentowi. Eh. Już wiem co to oznacza od strony finansowej dla firmy na „A”. Nie ma to znaczenia. Niech robią. Mają zorganizować wizytę w ciągu 2 – 3 godzin. Zobaczymy. Kierowca widzi co się dzieje. Obiecuje dowieść nas na „balnicu”. Oko się nie poprawia. A ten wariat pędzi na złamanie karku. Stajemy tylko na wysikanie pasażera i na zatankowanie gazu. Co dziwne, podczas tankowania wszyscy musimy wysiadać. To dziwne, bo w tym samym czasie wszyscy dookoła palą papierosy i gadają przez komórki. Gruzin dowozi nas do szpitala. A tu niespodzianka. Gadka szmatka, a pan Gruzin wyciąga spod siedzenia koguta z napisem „taxi” i mówi, że wcale nie chce od nas buteleczki żołądkowej tylko chce naszych pieniędzy, bo jechaliśmy taksówką. Słyszymy tylko „mnie nie nada waszu wodku, mnie nada wasze dziengi”. A to cham. Agnieszka z Karolem idą do szpitala, a ja z nim dyskutuję łamanym rosyjskim. Na szczęście widzi, że nic z tego nie będzie i poza butelczyną żołądkowej nic nie dostanie. Mruczy coś jeszcze pod nosem, wsiada do samochodu i odjeżdża. Ale się wkurzyłem. Jeszcze tej awantury było nam potrzeba. A jednak i tu są wyjątki pozostawiające po sobie niesmak. No to sobie i Gruzji zrobił reklamę mówiąc „zdiesz nie polsza, eta Gruzja!”. No brawo panie Gruzin. Chyba nie takiej promocji Gruzji oczekujecie jednak w Polsce? A z Agnieszką udało się wszystko sprawnie załatwić. Bez czekania, bez kolejki, z marszu. To nie do pomyślenia w Polsce. Dobrze, że nie jesteśmy na szczęście w Polsce i nie musimy korzystać z naszej służby zdrowia. Nikt by nam nie pomógł. Płacimy 30 lari za wizytę, kupujemy krople i po wszystkim. Pozostaje tylko czekać na poprawę. Wydatki jakoś sobie zrefundujemy. W międzyczasie rezygnujemy z organizacji wizyty przez firmę na "M", bo sami sobie pomogliśmy sprawniej niż oni. A swoją drogą dziwne, że nie ma w Tbilisi żadnej placówki z podpisaną umową z firmą na "M". Lokalnym autobusem jedziemy przez pół miasta na ostatni gruziński obiad do znanej restauracji. Jak zwykle zamawiamy więcej niż przyzwoitość nakazuje. Dziś aż tak pysznie jak w ostatniej knajpie w Batumi nie jest. Wypijamy pożegnalny toast czaczą za Gruzję i udajemy się na ostatnie zakupy na główną ulicę Tbilisi – Rustaveni. W ciemno kupuję kilka płyt z rosyjską muzyką disco i wracamy po bagaże. Znów czeka nas niebywała przyjemność odwiedzenia śmierdzącej przechowalni. Nawet karteczki nie musimy pokazywać, a bagaże zabieramy. Kąpiemy się chusteczkami w dworcowej toalecie i jesteśmy gotowi aby wyruszyć na lotnisko. Pierwszy raz trafiamy na Gruzina, który po usłyszeniu, że jesteśmy z Polski, wspomina o Lechu Kaczyńskim i o tym, że to dobry człowiek. Jego sprawa. Ale miło, że ma pozytywne nastawienie do Polaków. Jeszcze tylko 6 godzin do odlotu. Rozkładamy się na sztucznej trawie pod ruchomymi schodami na lotnisku i podobnie jak kilkanaście innych osób idziemy spać. I tak oto kończy się nasz ośmiodniowy pobyt w Gruzji, w Gruzji. do której bardzo chciałem przyjechać. Czy mi się podobało? Jasne, że tak. Ale oczekiwania miałem trochę większe. Po pierwsze liczyłem na więcej kontaktu z Gruzinami i ich gościnnością. Tą, z którą się spotkaliśmy chyba wykorzystaliśmy i mimo wszystko, zgodnie z wcześniejszymi opiniami, zarówno Acziko, jak i David – niby taksówkarz z Telavi, byli bardzo przyjaźni. Szkoda, że urwał się kontakt z Acziko. No i szkoda tego niesmaku pozostawionego przez Davida. Zaliczmy to jednak do przygód, a nie do opinii o Gruzinach. Tak, czy inaczej trzeba uważać. Jedzenie było fantastyczne. Piecie też, choć tym razem czacza ani hektolitry lemoniady niezbyt mi służyły. Miejsca? Jak dla mnie najfajniej było w Kazbegi i Mtskhecie, no i w bardzo ładnym Tbilisi. Batumi i Telavi, jak skończą je remontować, będą przepiękne. Póki co – można je sobie darować. Tym bardziej, że wybrzeże Morza Czarnego nie jest zbyt przyjazne kąpielom i plażowaniu (kamienie). Lepiej pojechać w góry. I tego najbardziej żałuję. Żałuję, że nie pojechaliśmy do Swaneti. Ale to każe mi tu przyjechać raz jeszcze. Wrócę tu pewnie wtedy, kiedy ktoś mnie namówi na wyjazd na Elbrus albo ja namówię kogoś. Do pozostałych miejsc wracać nie muszę. Ale Swaneti i być może raz jeszcze Kazbegi (tym razem z wejściem na Kazbeg) muszę zobaczyć koniecznie. Było fajnie. A zatem relację mogę uznać za skończoną. I jak często bywa – ostatnie jej fragmenty powstają gdzieś w chmurach – nad Ukrainą albo już nad Polską – podczas pięknego wschodu słońca. Więcej zdjęć z Gruzji oraz inne relacje z podróży po całym świecie na mojej stronie internetowej: www.gerber.d7.pl. Zapraszam!18-10-2012 14:09Egipt 7+7 Triada Zwiedzanie cz. 15http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/87[b]Pobudka o 6:30 nowego czasu, dzisiejszej nocy cofamy zegarek o 1h. Oznacza to, że dopóki w Polsce nie wskoczymy na czas zimowy, przez parę tygodni czas jest taki sam. Ruszamy do celu naszej podróży, zobaczyć wymarzone piramidy oraz Sfinksa.[/b] Wreszcie dojeżdżamy, od piramid dzieli nas tylko kawałek. Droga dojazdowa to cztery pasy w jedną stronę. Już tylko czekamy aż Muhamed (nasz Egipski opiekun, który cały czas nam towarzyszy w podróży i załatwia takie sprawy jak bilety) kupi bilety i wjeżdżamy pod piramidy! Są genialne!!! Wspaniałe i ogromne! Stojąc pod nimi czujemy się jak przy wielkiej górze. Robimy kombinowane zdjęcia, aby jakoś je objąć w ekraniku aparatu :) Wpierw zatrzymujemy się przy piramidzie Cheopsa. Teraz mamy czas wolny i spotykamy się przy piramidzie Chefrena. Robię też zdjęcia na wielbłądzie. Ustalam 10 LE za wejście na niego i zrobienie fotki. Oczywiście przed wejściem upewniam się kilkukrotnie, że chodzi o 10 funtów egipskich a nie angielskich (ta forma naciągania to norma w Egipcie, szczególnie przy piramidach). Mimo to jak już mam zejść po zrobieniu zdjęcia Egipcjanin próbuje mnie naciągnąć wmawiając, że chodziło o funty angielskie. :) Znając już całkiem realia tego kraju i tych ludzi kompletnie się nie denerwuję. Mówię mu, że pieniądze mam na dole, (bo to ich kolejny numer, że nie chcą Ci pozwolić zejść z wielbłąda dopóki nie zapłacisz) i spokojnie wręczam im 10 LE. Oczywiście trochę popyskował, ale zaraz sobie poszedł. Pani Magda zresztą w autobusie przygotowała na takie numery całą grupę opowiadając historię jak to ostatnio nie chcieli pozwolić jednej kobiecie zejść z wielbłąda i dopiero musiała zapłacić za tę "usługę" 100$. Idziemy dalej robiąc ciągle zdjęcia. Następnie już z grupą podjeżdżamy do piramidy Mykerinosa. Za 10 LE można ją zwiedzić, ale odpuszczamy. Podobno w środku nie ma za bardzo, czego oglądać. Można też było zwiedzić piramidę bodaj Cheopsa za 100 LE i nie wolno robić zdjęć. Tam również ponoć prawie nie ma nic do oglądania. Wejść może tam dziennie tylko 300 osób, zapewne dlatego taka spora kwota, bo i tak znajdą chętnych wśród tysięcy turystów. Z naszej grupy poszły tylko 2 osoby. Wracając do piramidy Mykerinosa - piramida pisklę w porównaniu do 2 strasznych braciszków czy może siostrzyczek. :) Jej piękno ogni polegało na tym, że powłoka była wykonana z czystego alabastru. Teraz to po prostu malutka piramida z ogromną dziurą w środku. Kiedyś jeden z królów Egiptu jakoś na początku XX wieku chciał zniszczyć piramidy przez ich wysadzenie. Dzięki Bogu nie udało mu się to, efektem jednak jego zamysłu jest właśnie dziura w piramidzie Mykerinosa. Jedziemy do miejsca widokowego, tam widać wszystkie trzy piramidy jak na dłoni. Trochę szpeci ten widok wybudowane po lewej stronie coś wstrętnego i metalowego, obecnie w stanie rozpadu. Na szczęście zdjęcia można zrobić tak, aby to coś nie wyszło na nich. Tu również nie omieszkałem odmówić sobie przyjemności zrobienia zdjęcia na wielbłądzie na tle piramid. Ustalam 10 LE za fotki, żeby nie było ponownie nieporozumień wyciągam pieniądze z portfela i mu pokazuję. Zdjęcia wychodzą super. Na tym placu są sprzedawcy pamiątek, upatruję sobie jedną z figurek, ale gość chce po targach 200 LE i ani funciaka mniej. Nie daje się za nic stargować więcej, więc jej nie kupuję - mam nadzieję, że dostanę ją jeszcze na targu w Kairze. Figurka była jedną jedyną pośród tych kilku stoisk, zapewne, dlatego taka cena. Udajemy się autobusem do Sfinksa, tam oczywiście kolejna sesja przepięknych zdjęć. Jest to wspaniały widok, pomimo setek zwiedzających da się zrobić tak fotki, że ich nie uwieczniać. Wracając do autobusu widzimy małe zbiegowisko a tam jakby zaprzysiężenie amerykańskiego oficera – kobiety. Czytając w Internecie, co niektóre opisy, że piramidy rozczarowały, że wokół nich jest brud itp. kompletnie nie wiem, o co temu człowiekowi, który to napisał chodziło. One są wspaniałe, cudowne, nieprawdopodobne. Są zwieńczeniem, ukoronowaniem, całego trudu zwiedzania. Jak mogą kogoś rozczarować? Czego się tam ktoś spodziewał? To oczywiście pytania retoryczne. Są cudem tego świata nic dodać nic ująć. Żadnego brudu nie widziałem. Dla wyjaśnienia, nie ma pod piramidami MC Donalda /jeden z komentarzy jakie czytałem przed wyjazdem do Egiptu/. Może komuś chodziło o to, że od Sfinksa jakieś 300-400 m jest faktycznie w grupie budynków malutkie KFC, ale od samych piramid jest to pewnie z trzy kilometry. W każdym razie jeszcze raz podkreślę, warto je oglądać! Po tych ogromnych emocjach z żalem opuszczam wspaniały widok, mam go na szczęście na bardzo wielu już własnych zdjęciach i we wspomnieniach. Jedziemy do pobliskiej perfumerii. Tam słyszymy całą opowieść sprzedawców o perfumach, ich rodzajach, sposobie produkcji, itd. itp., podobne historie „sprzedawał nam” wcześniej opisany egipski Maradona. Nie decydujemy się na ich zakup. Ceny to ok. 1 ml = 2 LE, jak kupuje się więcej to wychodzi taniej, ale nigdy poniżej 1 LE za ml. To koniec wspólnego zwiedzania. W autobusie decydujemy się na zebranie małego bakszyszu dla naszej wspaniałej pani Magdy - inicjatywa wychodzi od mojego ziomala. Rzeczywiście bardzo dobrze wykonała swoją pracę. Ma ogromną wiedzę na temat Egiptu zarówno starożytnego jak i dzisiejszego. Poza tym jest bardzo miłą osobą, może tylko za często mówi „proszę Państwa”. :) Bardzo się ucieszyła ze skromnego podarku. Powiedziała, że jesteśmy pierwszą grupą, która zrobiła jej taką niespodziankę. Żegnamy się z panią Magdą, ona nas już opuszcza, jedzie tym razem oprowadzać ludzi wraz z rejsem Triady. My natomiast mamy czas wolny. Bierzemy taksówkę i umawiamy dojazd do tutejszego kairskiego ogromnego bazaru na 10 LE. Okazuje się, że tak jak ulice w Kairze tak uliczki na bazarze są ułożone tematycznie, według sprzedawanych towarów. Wpierw kupujemy owoce: limonki, granaty - weźmiemy je później do kraju. Bierzemy również do spróbowania dwa zielone pomarańcze (jak się później okazuje, po schłodzeniu w lodówce są pyszne – przypominają przy gryzieniu grejpfruta a w smaku są orzeźwiające i lekko słodkie o smaku pomarańczy. Następnie udajemy się na drugą stronę bazaru. Tam szukam upatrzonej przy piramidach figurki. Jak widać nie próżno gość się tak cenił na wzgórzu widokowym. Ledwo znajdujemy jeden sklepik z tą figurką, ale znów sprzedawca nie chce zejść poniżej 180 LE. Nie poddaję się i szukam dalej, miedzy czasie widzimy uliczki z wyrobami jubilerskimi, ubraniami i materiałami. Wracając już w stronę głównej ulicy widzę malutkie stoisko a tam sprzedawca ma aż dwie takie figurki. Okazuje się bardzo uśmiechniętym, miłym człowiekiem i dość szybko i ze śmiechem dogaduję się na cenę 65 LE!!!! Wracamy do hotelu tylko na kolację i ruszamy dalej, chcemy wykorzystać jeszcze te ostatnie parę godzin w Kairze a zarazem w Egipcie. Postanowiliśmy wraz z Marcinem i jego drugą połową pojechać zobaczyć piramidy w nocy. Ustalamy za kurs 30 LE tam i z powrotem i ruszamy w tę dżunglę pojazdów. Najczęstsze słowo, jakie ciśnie nam się na usta to: SZOK! Obowiązuje tam tylko jedna zasada – BRAK ZASAD. Z fascynacją przemierzamy ulice jednego z największych miast świata. Wydaje mi się, że gdyby jeździli normalnie powstawałyby przeogromne wręcz korki. A tak w miarę sprawnie, prawie nie zatrzymując się, przemierzamy kilkanaście kilometrów. Tysiące aut, niemal każdy bez świateł. Wszyscy trąbią, wymijają się dosłownie na milimetry. Z moich obserwacji wyszło, że kierunkowskaz włączają tylko przy zmianie kilku pasów naraz. A cała jazda polega na wymuszaniu pierwszeństwa – bez znaczenia czy na autach czy na pieszych (!). Hamują tylko wtedy, kiedy widać, że bez tego dojdzie do stłuczki (a i tak jak już wcześniej wspominałem dochodzi do nich nagminnie). Dojeżdżamy do piramid i niestety rozczarowanie – nie są oświetlone ani trochę! To z tego powodu nie widzieliśmy ich lecąc w nocy z samolotu. Jedziemy jeszcze pod Sfinksa a tam mija nas kilkanaście autokarów. Skończył się właśnie pokaz światło i dźwięk - szkoda, że spóźniliśmy się o parę minut. W ogóle się tym nie przejmujemy. Niby na darmo jechaliśmy taksówką, ale sama jazda tymi ulicami jest ogromną przygodą. Na ulicach pełno polskich dużych fiatów i polonezów. Wcześniej nas poinformowała nasza Pani przewodnik, że to dzięki układowi gospodarczemu między naszymi krajami, do którego doszło w latach 70-tych. W tym czasie też robione były przez Polaków specjalne modele maluchów, które nie trafiały nigdzie indziej jak do Egiptu. Wracamy do hotelu, według planu dziś pobudka o 2:30 w nocy, suchy prowiant i ruszamy o 3:10 do Hurghady. Na pytanie zadane rano pani Magdzie przez jednego z turystów w naszym autobusie, dlaczego jedziemy 600 km w jedną stronę, aby potem tę samą drogę wracać samolotem odpowiedziała, że na lotnisku w Kairze nie ma czarterów. Wielka szkoda, w ten sposób tworzy się ogromny absurd. Jest 23.00, pakowanie się i chwilę snu.12-10-2012 11:54Gaumardżos Gruzja - część 6 i 7http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/86Wstajemy przed 10. Zjadamy resztki, które nam pozostały z pociągu i jedziemy do ogrodu botanicznego pod Batumi. Wciąż jest pochmurnie, a nad górami czai się deszcz. Spacerujemy wśród egzotycznych drzew z różnych stron świata. To się nazywa ogród! Jego teren podzielony jest na kilka części, z których każda poświęcona jest roślinności z innego rejonu świata. Mijamy więc strefę nowozelandzką, himalajską, Azji południowo-wschodniej, czy północnoamerykańską. A na koniec lądujemy nad brzydkim brzegiem morza. Po drodze posilamy się setką albo może i dwoma setkami wiśniówki z Polski, co nieco nas ożywia. Wracamy do wejścia turystyczną ciuchcią i możemy iść na plażę. Plaża to duże słowo. To po prostu wielkie wysypisko większych i mniejszych kamieni wzdłuż całego morza. Tragicznie się po tym chodzi, nie mówiąc już o leżeniu. Nie podoba mi się. Nawet nie wchodzę do wody. Godzina leżenia wystarczy. Wracamy. Po drodze wchłaniamy rybę w jednej z knajp z sączącą się rosyjską muzyką dyskotekową. To mi się akurat podoba. I wracamy busikiem do Batumi. Dziś jest ładniej, więc możemy pospacerować niekończącą się promenadą. Mijamy dziesiątki remontowanych lub budowanych domów i hoteli. To kolejne miasto po Tbilisi i Mtskhecie, które sprawia wrażenie budowanego od nowa. Robi to niesamowite wrażenie, choć nieco utrudnia poruszanie. Dochodzimy do wieży i zostajemy w knajpce na gruzińską kolację. Nad morzem zachód słońca w tle z nadchodzącą ulewą. Chmury komponują się z ostatnimi promieniami słońca i morzem przepięknie. Szukamy mocy, więc zamawiamy do kolacji butelkę ukraińskiej wódki i jedzenie smakuje jeszcze lepiej. Znad gór nadciąga ulewa. Czekając na jej koniec raczymy się buteleczką żołądkowej. Wygląda na to, że nie będzie już komu podarować polskiej pamiątki, więc bezkarnie możemy opróżnić nasze zapasy. Pomimo późnej pory miasto żyje. Masa podświetlonych budynków, tańczące kolorowe fontanny i różne inne atrakcje. Nocnym autobusem wracamy do zatęchłej noclegowni. To już ostatnia noc w Batumi. To nasz przedostatni dzień w Gruzji. Wstajemy jak zawsze nie o 8, zjadamy po kanapce w pysznej hiszpańskiej kafejce. Nie było to celowe zagranie. Szukaliśmy raczej czegoś gruzińskiego. Trafiliśmy jednak tu i nie żałujemy. Jedziemy na plażowanie w stronę granicy z Turcją do Gonio. Podobno jest tam ładniej. No zobaczymy. Gdzieś po drodze, subiektywnie oceniając, że to już, wysiadamy z marszrutki. Kupujemy melona od pani. A pani nosi identyczny t-shirt jak ja. Po rosyjsku nie mówi, ale kapuje, że jesteśmy tak samo ubrani. Namawiamy ją na wspólne zdjęcie. Wymiany koszulkami nie proponuję. Fajni są ci Gruzini. Na plaży znów wysypisko kamieni. Leżymy parę godzin na kamulcach, czekając na przebłyski słońca i racząc się kolejnymi zapasami „mocy” z Polski – tym razem bardzo gorącej mocy, bo solidnie nagrzanej przez słońce. Nieuchronnie znad Turcji zbliża się kolejna fala deszczu. Ciekawe, czy to my tak trafiliśmy, czy tak tu jest zawsze. Jak na razie – trzeci dzień i trzeci dzień z pochmurnym niebem, ulewnym deszczem i odrobiną przebłyskującego słońca. Zgodnie z przewidywaniami ulewa dopada nas podczas czekania na pociąg. W sumie spędziliśmy bardzo leniwy dzień. Spaliłem się na plaży i poza zdjęciem z panią od melonów nic ciekawego się nie działo. No może jeszcze z wyjątkiem dziadka – kierowcy, który w dosyć podeszłym wieku kierował naszą marszrutką i chyba niezbyt dobrze widział. A na zakrętach nie wiedząc czemu puszczał kierownicę. Może się uczył jeździć bez trzymanki. No i jeszcze mieliśmy przygodę z mięsnym jeżem. Na podróż kupiliśmy sobie słodkie bułki, w tym jedną w kształcie jeża, co oczywiście musiało nam się skojarzyć z pewnym programem telewizyjnym w Polsce. Niestety nie mamy z nim zdjęcia, bo Mechłak nam go zeżarł. Do Tbilisi wracamy drugą klasą, ale i tak mamy miejsca do leżenia. Druga klasa różni się od pierwszej tym, że są tu 4 prycze zamiast 2 i nie ma telewizora, no i jest tańsza. Noc mija szybko. Jedyną atrakcją podróży jest zmieniająca się temperatura. Może to jest właśnie ta zasadnicza dodatkowa różnica pomiędzy pierwszą a drugą klasą? W czasie jazdy teoretycznie działa klimatyzacja i jest zimno. śpię wtedy owinięty ręcznikami. śpiwora już mi się nie chce wyjmować. Ale gdy stajemy, klima się wyłącza i robi się gorąco. Ot i cała atrakcja. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Gruzji na mojej stronie: [url='http://www.gerber.d7.pl']http://www.gerber.d7.pl[/url] 03-10-2012 11:38Gaumardżos Gruzja - część 5http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/85Dzisiejszy dzień przyszło mi opisać w knajpie w Batumi, podczas oczekiwania na pociąg do Tbilisi. Spokojnie mogę opisać jak pojawiliśmy się w Batumi. A w tej właśnie knajpie (jakkolwiek ona się nazywa) zjedliśmy pyszne gruzińskie żarcie, nie wiem czy nie najlepsze podczas całego wyjazdu – jak do tej pory oczywiście. Ale przejdźmy do dnia piątego. Zgodnie z planem wsiadamy do pociągu pierwszej klasy. Na bogato. Przedział dwuosobowy z miejscami do leżenia. Pościel jest. Telewizor i klima również. Przed nami siedem godzin przez zmieniające się krajobrazy Gruzji. Po drodze raczymy się czaczą z Kazbegi, winkiem i parówkami. Parówki to coś bardzo popularnego, bo w sklepach i na bazarach jest tego zatrzęsienie. Po kilku drzemkach dowlekamy się do Batumi. Pochmurnie i strasznie parno. Klimat się zmienił. Morze Czarne przed nami. Plaże podobno piękne nie są. A niech tam. I tak będzie fajnie. Taksiarz zabiera nas do hotelu Ilikus polecanego przez kogoś na forach. Trafiliśmy jednak gorzej albo to polecenie to lipa. Dostaliśmy dwa zatęchłe pokoje po 20 lari. I taksiarz też wziął wyjątkowo dużo za kurs jak na Gruzję. Niezbyt udany początek pobytu w Batumi. Na szczęście w hotelu nie będziemy zbyt długo przesiadywać. Noce jakoś przetrzymamy. No to idziemy w miasto. Już po chwili nadciąga ulewa i musimy się schronić na jakimś bardzo ładnym dziedzińcu, na którym na fortepianie gra jakiś grajek. Deszcz przechodzi, a słuchaczy jak nie było tak nie ma. Docieramy nad morze. Szybko musimy jednak zwiewać pod parasol, bo nadchodzi kolejna ulewa. No to się nazwiedzaliśmy. W drodze powrotnej przypadkiem trafiamy do piwnicznej knajpki z fajnym wystrojem. W rogu goście piją czaczę szklankami. A nas obsługa bierze na przeczekanie i po dobrej pół godzinie udaje nam się w końcu namówić kelnerkę na przyjęcie zamówienia. Dobrze trafiliśmy. Żarcie pierwsza klasa. Próbujemy tym razem coś co się na nazywa „ostryj”, czyli kawałki mięsa w pyszny sosie. Do tego bakłażan w paście orzechowej na ciepło i inny rodzaj chaczapuri – tym razem z samym serem. Na początku pomyśleliśmy, że to pizza, ale tak właśnie wygląda to danie. Kuchnia gruzińska jest przepyszna. A goście w kącie piją czaczę dalej. Szklanka za szklanką. Może to jednak dobrze, że do tej pory nie wpadliśmy w ręce żadnego Gruzina, z którym musielibyśmy pić. Nie przetrwalibyśmy. Siedzimy to dosyć długo oglądając występy Gruzinów na olimpiadzie, aż w końcu wracamy klucząc po przepięknie oświetlonych ulicach do naszej stęchłej chatki. Strach się tu nawet położyć. Dobrze, że chociaż wiatrak działa to trochę to stęchliznę przewiewa. Umawiamy się na jutro. Na ósmą, czyli tak jak już wcześniej pisałem, nie oznacza to nic. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Gruzji na mojej stronie: [url='http://www.gerber.d7.pl']http://www.gerber.d7.pl[/url] 19-09-2012 09:57Egipt 7+7 Triada Zwiedzanie cz. 14http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/84[b]Zaczynamy jak zawsze zgodnie z planem. Trzeba podkreślić, że wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Jestem tym mile zaskoczony, aż takiej organizacji się nie spodziewałem.[/b] Zwiedzanie rozpoczynamy od pobliskiej wioski. Znów dojazd przez malutkie wioseczki gdzie jest bardzo biednie. Biegające dzieci chwytają za serce. Do grobowców droga ponownie pod górę, ale łatwiej niż poprzednio i jest trochę mniej gorąco. Docieramy do pięknych wykutych w ścianie pomieszczeń. Są w stanie rewelacyjnym, piękne rysunki na ścianach datowane na okres średniego państwa (ok. 4 tys. lat temu). Jest kompletny zakaz fotografowania, do tego stopnia, że aparaty tylko w futerale można wnosić a najlepiej nie wnosić wcale. Przy wychodzeniu chciałem dać 5LE za zrobienia zdjęcia bez lampy, ale pilnujący odmówił. Na ścianach znajdują się warte podkreślenia sceny z życia codziennego ówczesnych Egipcjan, w tym dużo ćwiczeń (zapasów). Udajemy się wreszcie do celu całej naszej podróży - do Kairu. W drodze troszkę śpię, lecą po raz pierwszy w autokarze filmy. Jazda autobusem trochę się dłuży, ale wreszcie następuje długo oczekiwany moment - widzimy po prawej stronie autokaru PIRAMIDY! Nareszcie, chociaż czas na ich oglądanie będzie dopiero jutro - dziś muzeum w Kairze. W muzeum jest również całkowity zakaz fotografowania do tego aż stopnia, że nie wolno wnosić ani aparatów ani kamer! Muzeum świetne, znajduje się tam zapewne kilkaset tysięcy eksponatów. Muzeum też rozczarowuje pod pewnymi względami, w środku widać, że nie było tam remontu kilkanaście lat. Gabloty, w których trzymane są eksponaty z pewnością pamiętają czasy profesora Michałowskiego. Nie ma też klimatyzacji, co powoduje ogromny wręcz zaduch, ciężko jest tam oddychać. Pani Magda opowiada nam o części zgromadzonych tu skarbów. Oczywiście to, co oglądamy i o czym nam opowiada jest tylko drobną częścią zgromadzonych zbiorów, ale ja bym powiedział, że w zupełności wystarczającą. Pani przewodnik prowadzi nas po kolei po epokach od najstarszych do najnowszych. Po drodze widzimy, że po starożytnych Egipcjanach pozostało bardzo wiele, można odtworzyć w dużej mierze ich życie. Od posągów, przez reliefy, figurki, gry, do sarkofagów, jest tam wszystko! Zwiedzamy około 1,5h. Nastrój muzeum kairskiego to ogromna kakofonia dużej ilości języków świata. Zewsząd dobiegają głosy przewodników z różnych krajów do tego stopnia, że w pewnym momencie z dwóch metrów nie słyszę tego, co mówi pani Magda. Sami idziemy do pomieszczenia, w którym znajdują się przedmioty jubilerskie - rewelacja, i tam jest klimatyzacja. Przedmioty doskonale zachowane, dumne i tak wspaniałe, jakby zostały zrobione dość niedawno. Z Marcinem i Anią postanawiamy zainwestować 40 LE (!) aby zobaczyć komnatę mumii królewskich. Hm, jakby to ująć. Warto z pewnością zobaczyć, ale czy za taką cenę? W środku znajduje się 10 mumii w tym najważniejszego - Ramzesa II. Widać ich twarze oraz stopy. Patrzysz na człowieka sprzed paru tysięcy lat uff!! Zachowały się włosy i chyba zęby, w miejsce oczu albo pustka albo wsadzone coś imitującego. Pierwsza mijana mumia zastygła jakby przerażona, inne spokojne. Widząc, że turyści z innego kraju robią fotkę telefonem, również się na to decyduję. Chociaż tyle niech mam dodatkowo za tą cenę. Zdjęcie trochę strach robić, bo w pomieszczeniu znajdują się kamery. Idziemy jeszcze szybciutko zwiedzić mumie zwierząt. Kosmiczne wrażenie robią dwa aligatory jakieś siedmio metrowe. Jedziemy do hotelu, jesteśmy już nieźle znużeni. Nasz hotel to Cosmopolitan. Widać, że lata świetności ma dawno za sobą. Dominuje wszędobylski kurz, brudne jest prawie wszystko. Pokój z pozoru wygląda nieźle, niby stylizowany na dawne czasy. Ale on nie jest stylizowany. Był zbudowany kilkadziesiąt lat temu i zapewne niewiele od tego czasu zmieniono. 20-30 letni telefon tarczowy, stary telewizor (zapewne nowszy może 15 letni). Żeby nie było, że tylko narzekam to podsumuję, że w pokoju da się spokojnie przenocować, jest klimatyzacja, lodówka, łazienka. To w końcu tylko 1,5 nocy. Kolacja natomiast całkiem dobra, po niej idziemy na miasto. To, co się działo w innych miastach-miasteczkach Egiptu na ulicach to piknik w porównaniu do tego, co zastajemy tutaj! Tysiące samochodów, zero pasów na jezdni a jak są to nikt nie zwraca na nie uwagi, każdy jedzie tak jak chce. Jest noc a mimo to mało, kto ma włączone światła. Co chwile ktoś trąbi. Najgorzej z pieszymi, o czym przekonujemy się idąc ulicami. Jak mówią, przejście na drugą stronę ulicy to jakby uprawiać sporty ekstremalne. To się w 100% zgadza. Niesamowite, nikt praktycznie nie zwraca uwagi na pieszych. Hamują na milimetry przed nimi, albo mijają na pełnej prędkości na centymetry od niedoszłej ofiary. Jak się przejdzie już obok jednego auta to następny pod żadnym pozorem się nie zatrzymuje! SAJGON!! Chodzimy po mieście może 2-3h i wracamy styrani do hotelu. Już praktycznie jestem pewien, że wolałbym mieć jako pierwsze zwiedzanie! Egipt męczy hałasem ulic, sklepikarzami, upałami na trasie objazdu. 15-09-2012 14:09Gaumardżos Gruzja - część 4http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/83Zgodnie z planem dziś organizujemy sobie czas we własnym zakresie, a wieczorem mamy poimprezować i pójść na banie razem z Acziko. Z trudem udaje nam się dogadać z obsługą Texasu żeby zostawić u nich bagaż i jedziemy do Gori. Ta obsługa jest tragiczna. Na szczęście właściciel sam nam zaproponował podwózkę do marszrutek do Gori. Mamy farta, bo w locie łapiemy ruszającą właśnie marszrutkę i w niecałe dwie godziny lądujemy w Gori. Zapuszczamy się na krótki spacer po bazarze pełnym wszystkiego: poćwiartowanego mięsa, suszonych ryb, pysznych owoców i mnóstwa plastikowej tandety – pewnie z Chin. Zaraz mamy autobus do Uplistsikhe – skalnego miasta. Pełen relaks. Kierowca zatrzymuje się przy spotykanych po drodze osobach, wita się, zamienia kilka słów i jedzie dalej. To znowu zostawia coś u kogoś w domu albo coś zabiera aby przewieźć dalej. Dojeżdżamy do mostu. Kierowca mówi, że to już. Skoro już to wychodzimy. Przechodzimy przez most i idziemy w stronę widocznych z daleka ruin. Mijamy ludzi ładujących głazy na ciężarówkę, kolejne stada szalonych krów i gościa z karabinem pilnującego jedno ze stad. W skalnym mieście, całkowicie wyżłobionym w skałach (jak sama nazwa wskazuje) zmagamy się z silnym wiatrem żeby nie zmiótł nas w przepaść. Krążymy leniwie w górę i w dół i zabieramy się z powrotem. Idziemy z buta tą samą drogą pocąc się w upale. Nastawiamy się na łapanie okazji i idziemy licząc na to, że ktoś się zatrzyma. Niestety raczej jeżdżą załadowani na całego, więc wygląda to marnie. A do Gori jest parę kilometrów. O autobusie możemy chyba tylko pomarzyć, bo nie mamy pojęcia czy jeszcze jeździ i kiedy. W końcu znajduje się taksówka i za czwóraka zabiera nas do Gori. Po drodze oczywiście okazuje się, że samochód ma w baku same opary, więc podjeżdżamy uzupełnić trochę oparów. Tankujemy półtora litra z butelki do baku i jeszcze trochę z butelki po fancie. Można jechać. W Gori idziemy do muzeum Stalina pooglądać pamiątki i posłuchać o „najsłynniejszym Gruzinie”. Wysłuchujemy opowiadania o twórczości Józefa, robimy siusiu w starodawnym komunistycznym klimatycznym kibelku i wyruszamy w kierunku marszrutek. Mamy opóźnienie. Po drodze na postój łapiemy szalonego taksówkarza i rozpadającym się oplem wracamy do Tbilisi. Nie to żebyśmy się bali, ale 140 km/h taką padaką na ostrych zakrętach robi wrażenie. Mają moc. Ciekawe czy jest pijany. W Texasie nie czeka na nas jeszcze Acziko. Więc my czekamy na niego. Nie przemyśleliśmy jak mielibyśmy się z nim skontaktować. Wysyłamy do niego smsa – po rosyjsku w fonetycznej wersji. Ciekawe co do niego dojdzie i jak nam odpisze skoro on nie zna naszych liter, a my gruzińskich. Nawet takiego języka nie mamy w telefonie. Chyba nie za bardzo nas zrozumiał, bo odpowiedzi niet. No trudno – nie napilim sia ciut ciut w takim razie. Jedziemy więc z jakimś pijanym Gruzinem na dworzec kolejowy żeby nocnym pociągiem pojechać do Batumi. Plan się jednak posypał. Biletów niet. Są na rano. Ale za to pierwsza klasa. Bierzemy. I znowu zostajemy w Tbilisi. Idziemy do Iriny Guest Housu niedaleko dworca. Zostawiamy gałganki i w miasto. Dziś próbujemy gruzińskiego kebaba. Inny niż u nas, inne warzywa, inne mięso, inne sosy, ale czy lepszy? Nie wiem. Robimy zdjęcia McDonalda, który tu pisany jest po gruzińsku, robimy rundkę po przepięknej odnowionej ulicy i bierzemy taksówkę do bani. Lądujemy w bani królewskiej. Dobrą godzinę czekamy na wolne pomieszczenie, bo ta bania to bania z prywatnymi basenami. Aż w końcu kąpiemy się w śmierdzącej siarką gorącej wodzie. Ciepło przeokrutnie. Dobrze, że można się schłodzić zimną wodą. Po chwili przychodzi zamówiony Gruzin. Kładę się na marmurowej kozetce. Będzie masaż. Najpierw wyciera całe moje ciało szorstką szmatą. Namydla mnie. Jednocześnie silnie ugniata wszystkie mięśnie i kręgosłup, aż do bólu. Oj jutro będzie bolało. A teraz do zimnej wody i do siary. Teraz Gruzin bierze się za Mechłaka. Robi to, co ze mną. Siedzimy jeszcze chwilę i wracamy na miasto. Siadamy w knajpce z unoszącą się delikatną wodną mgiełką, która łagodzi upał. Wypijamy kolejną lemoniadę. To chyba napój narodowy. Jest wszędzie i wszyscy ją piją. A rodzajów całe mnóstwo. Od tych niedobrych, których nieprzyjemność mieliśmy już okazję spróbować (zielonych – anyżkowych) po cytrynowe, pomarańczowe, gruszkowe, waniliowe, kremowe, winogronowe i brzoskwiniowe. Ale najlepsze są cytrynowe. Ja zapijam się nimi najczęściej. I dlatego też wciąż mam kłopoty z żołądkiem. To chyba nie od czaczy. Wracamy do Iriny. Spać. cdn. _____ Pełna relacja z wyjazdu do Gruzji na mojej stronie: [url='http://www.gerber.d7.pl']http://www.gerber.d7.pl[/url]11-09-2012 16:31V mazurska 2012 wyprawa rowerowa Kołobrzeg – Sejnyhttp://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/82V mazurska 2012 wyprawa rowerowa Kołobrzeg – Sejny Vta bo tym razem wyruszyliśmy w 5cio osobowym składzie, przy okazji też to 5ty sezon naszych wypraw o/o ‘Dookoła Polski wzdłuż granic RP’, więc jakby ‘podwójna piątka’ Po ‘Odra i Nysa’, ‘Ściana Wschodnia’, ‘Bieszczady’, ‘Wrocław Kraków’ postawiliśmy na hasłowe priorytety: ‘kamienne kręgi’ ‘odwrócony dom na Kaszubach’ ‘jazda po linie czyli Mierzeja Wiślana’ ‘najdalej na wschód wysunięty port morski RP’ ‘największe skupisko bocianów w Polsce’ ‘kąpiel w jeziorach NAJ .. największe, najgłębsze, graniczne, najdaejwysunięte na PN-Wsch…..’ ‘mniejszości w Polsce’ i co tu ukrywać – smaki regionalne, lubimy jeść a trasa wiodła przez ‘ziemniaczane dania’ To foto-relacja z krótkimi adnotacjami, przynajmniej w części przydatnymi dla planujących podobną trasę STR Bicykl Kołobrzeg (Oncek) O START https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5786228952814618545?authkey=CJqpwvS82_aJVA I Vmazurska2012KołobrzegSejny- (I) Pojezierze Bytowskie Kaszubskie https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5785294262802426753?authkey=CI-cwMiO4pu9qgE II Vmazurska2012KołobrzegSejny- (II) Żuławy Wiślane Mierzeja Wiślana https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5784432691119057185?authkey=COmH6t6_hcut_QE III Vmazurska2012KołobrzegSejny- (III) Wzniesienia Górowskie Niz.Sępopolska... do krainy bocianów https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5784441023807706305?authkey=COL4spzdjLrMngE IV Vmazurska2012KołobrzegSejny- (IV) północna KrainaWielkichJeziorMazurskich https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5784813386336889921?authkey=CIb55tH37uXeNA V Vmazurska2012KołobrzegSejny- (V) Pojezierze Suwalskie 'Pn-Wsch narożnik Polski' https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5784817436169843713?authkey=CJTXq9Kw2JyVAw VI Vmazurska2012KołobrzegSejny- (VI) Sejny Troki Wilno ... autokarem https://plus.google.com/photos/117790014072685424445/albums/5785950667149774193?authkey=CMy4vZ3D34rnLA 09-09-2012 22:15Gaumardżos Gruzja - część 3http://www.swiatpodroznikow.pl/relacje/81Nie udało się skończyć nadrabiania zaległości w relacji podczas podróży pociągiem. Nie lubię pisać z opóźnieniem, ale czasem mi się po prostu nie chce. Wracam więc do pisania wieczorem, w Batumi, w zatęchłym hoteliku. Przede mną relacja z dnia trzeciego. Na potrzeby relacji nazywam go „Gaumardżos” A dlaczego? Przeczytajcie dalej. Spać poszliśmy jednak po zmroku – po zaczerpnięciu łyka czaczy. Brawo! To była godzina 21 polskiego czasu. Oczywiście nastawiliśmy budzik na godzinę ósmą, co nie oznacza zupełnie nic, bo wyłączam go natychmiast jak rozlega się dzwonek, aby przypadkiem nikogo nie obudził i śpimy dalej. Dziś wracamy do Tbilisi. A co dalej? Tego nie wiemy. O to toczymy długi spór. Ja bardzo chcę pojechać do Swaneti w przepiękne zielone góry, a Karol z Agnieszką wolą jechać nad Morze Czarne. Decyzję zostawiamy do Tbilisi. Sprawnie udaje nam się załapać na marszrutkę do Tbilisi. Tuż przed wyjazdem właściciel naszego pokoju przy rodzinie dzwoni zgodnie z umową do laweciarza do Tbilisi i przekazuje informacje, że ruszamy. Ma nas odebrać i się nami zająć. To się rozumie! Upakowani w busiku po zęby ruszamy w powrotną drogę przez wspaniałą przełęcz Krzyżową na wysokości 2379 m n.p.m. Kierowca jak wariat zasuwa z nadkompletem pasażerów w dół. Co ciekawe po upakowaniu wszystkich na siedzeniach w przejście pomiędzy rzędami wstawia jeszcze jedno drewniane krzesełko, na którym oczywiście siada kolejny pasażer. Grunt to maksymalnie wykorzystać pojemność. Zresztą po podróżowaniu przez Ugandę nic mnie nie jest w stanie zdziwić. Zagaduje mnie jakiś Gruzin, który opowiada, że na tej właśnie przełęczy doznał objawienia, że Gruzja to centrum wiary, a chrześcijaństwo, buddyzm i islam łączą się właśnie w Gruzji. No albo coś w tym stylu. Tyle pozwolił mi zrozumieć mój i jego rosyjski. Jak coś pokręciłem to trudno. Sorki Władimirze. Na pamiątkę dostałem jeszcze jakieś ulotki. Więc jak ktoś by chciał to służę ;-) Nic więcej nie rozumiem. Nie ma ze mną zbyt dużej gadki, więc w końcu odpuszcza. Dorzuca jeszcze tylko, że w miejscu jego objawienia będzie cerkiew i że miał kiedyś tutaj wypadek i koziołkował razem z marszrutką. No, w to akurat uwierzyć mogę, widząc jak nasz kierowca pokonuje serpentyny. Poza tym jest pięknie, chociaż ktoś w tej marszrutce mocno śmierdzi. Podejrzewam niestety siedzącego obok Władimira. Dzięki wariatowi za kierownicą dojeżdżamy do Tbilisi na dworzec Didube bardzo szybko. Oj – upał tu spory. Pojawia się nasz Acziko. Tym razem nie lawetą, ale swoim prywatnym samochodem. Obwozi nas po Tbilisi, przepraszając, że nie może z nami spędzić zbyt dużo czasu, bo jedzie do Swaneti. Do Swaneti? Czyżby mój plan wygrał? Już cieszę się z podróży, ale niestety nic z tego. Po chwili dodaje, że jedzie z całą rodziną. No to kibel. Nici z pięknego Swaneti. Acziko zawozi nas w parę miejsc, pokazuje gdzie co jest, opowiada na tyle na ile da się nam słabo gadającym po rosyjsku o Tbilisi. A Tbilisi jest bardzo ładne. Widać ogromne pieniądze wkładane w odrestaurowywanie ulic i wspaniałych budynków. Ale nie pojedynczych budynków. Tu jak jest remont to od razu cała ulica ze wszystkimi budynkami. Szok! I to w bardzo nowoczesny sposób. Tu będzie pięknie. Ktoś, kto przyjedzie za 2 – 3 lata nie zauważy, że Gruzja była kiedyś w Związku Radzieckim. Zobaczy fantastyczne, ładne, odnowione, nowoczesne, zadbane i zrobione z pomysłem miasto. Niejedno miasto w Europie Zachodniej będzie mogło pozazdrościć Tbilisi. W drodze do wybranego przez Acziko hotelu wstępujemy po piwo do browaru. Ale nie byle jakie piwo. Jest tu kilka okienek, w których zamawia się piwo. A piwo nalewa się z kranu do plastikowych butelek, baniaków i tym podobnych, i albo spożywa się na miejscu pod okienkiem albo nad rzeką albo zabiera się do domu. Należy tylko pamiętać, aby nie otwierać napełnionych butelek przed spożyciem żeby nie odgazować piwa. Bierzemy dwie półtoralitrowe butelki piwa z kranu, jaśniejsze i ciemniejsze i ruszamy do hotelu Texas. Obsługa paskudna i niezbyt miła. Acziko załatwia za nas wszystko i lądujemy w klimatyzowanym hotelu, czekając na Adżaruli Chaczapuri – taki tradycyjny placek z owczym albo kozim serem i masłem w dziurce i jajkiem na wierzchu. Jak dla mnie takie sobie. Ale zanim wszedł placek, Acziko częstuje nas czaczą według przepisu swojego dziadka. Smakuje inaczej niż ta z Kazbegi, ale za to ma moc. A zatem Gaumardżos (Zdrowie!)! Kilka kieliszków rozwiązuje nam języki i rosyjski nam nie straszny. Jak to mawia Acziko – jest czaczu i jest sraczu. Naszemu przyjacielowi trochę plącze się język. Nie przeszkadza mu to jednak we wznoszeniu długich toastów/przemów w różnych intencjach, o których czytaliśmy przed wyjazdem. Częstujemy go naszą żołądkową gorzką, a to wszystko popijamy piwem. Oj popłyniemy. Niewiele ponad godzinę później niż planował, Acziko postanawia jednak jechać do Swaneti. Nie wygląda jakby był w stanie prowadzić samochód po serpentynach górskich. A trzeźwy to nie jest na pewno. Ale w Gruzji jazda po pijaku to norma. Sam nam opowiada jak kiedyś po imprezie znalazł się w Batumi i nie widział skąd się tam wziął. A zatem z jednej strony nie dziwne, że jedzie, a z drugiej jednak dziwne. No i pojechał. A my ucinamy sobie krótką drzemkę. Z Acziko mamy się spotkać jutro popołudniu, jak wróci ze Swaneti. Idziemy w miasto. Zamawiamy taksówkę i za grosze jedziemy na wieczorne zwiedzanie miasta. A wieczorem jest jeszcze ładniej niż w ciągu dnia. Tbilisi tętni życiem. Masa budynków jest przepięknie podświetlona. Czujemy się bezpiecznie. Szwędamy się trochę, oglądamy pokaz kolorowych fontann nad rzeką u stóp pałacu prezydenckiego, aż w końcu wracamy do naszego Texas hotelu. Każdy z pytanych taksówkarzy ma problem, bo nie wie gdzie on jest. Na koniec jeszcze trochę Aczikowej czaczy – Gaumardżos przed snem i zasypiamy. I tylko za ścianą ktoś wchodzi i wychodzi z pokoju. To chyba pokój na godziny. 04-09-2012 15:06