kraj:
Polska
26-02-2012, 10:08 źródło: RadioWWW.eu     komentarzy: 3

brak opisu

, nastopach.pl

W podróży po świecie przez 14 miesięcy

Kuba i Marta w 2010 roku rzucili pracę, spakowali plecaki i wyruszyli w podróż, która trwała 14 miesięcy. Co ich skłoniło do wyjazdu i jakie przygody przeżyli po drodze – opowiadają w wywiadzie dla Radia WWW.

Droga na skróty: Czemu wyjechaliście?
 
Kuba: Zawsze o tym marzyliśmy. Gdy się pracuje, tego urlopu jest za mało, żeby podróżować i nie przejmować się tym, że trzeba za tydzień, dwa wracać. Stwierdziliśmy, że jedynym rozwiązaniem jest zostawienie pracy i pojechanie w świat. Zobaczenie tego, co zawsze chcieliśmy zobaczyć.
 
Marta: Tak naprawdę, taka podróż była, odkąd pamiętam, moim marzeniem. I zawsze wydawało mi się, że to nie będzie możliwe z wielu powodów, ale potem poznałam Kubę i okazało się, że jednak można.

Dołącz do nas na Facebooku

Droga na skróty: Od dawna się znacie?
 
Marta: Cztery lata.
 
Droga na skróty: Czyli po dwóch i pół roku znajomości zdecydowaliście się na wyjazd.
 
Kuba: Tak. I nie tylko na wyjazd. Wzięliśmy ślub na pięć dni przed wyjazdem.
 
Droga na skróty: Czyli to podróż poślubna?
 
Marta: Nie do końca. Najpierw była w planach podróż, potem ślub.
 
Kuba: Stwierdziliśmy, że wygodniej się będzie jeździło, gdy będziemy małżeństwem. Pospieszyliśmy się ze ślubem i wyrobiliśmy się jeszcze przed podróżą. Wszystko ułożyło się tak jak powinno.
 
Droga na skróty: To prawda, że łatwiej podróżuje się będąc małżeństwem. Bez „męskiej” obstawy ciężko się dostać do niektórych krajów.
 
Marta: Mieliśmy w planach wizyty w kilku krajach muzułmańskich i arabskich. Ale to nie było głównym powodem, dla którego wzięliśmy ślub. Trzeba jednak przyznać, że jako małżeństwo podróżuje się tam dużo łatwiej. Dużo prościej rozmawia się z ludźmi. Są bardzo prorodzinni, cieszą się gdy mogą ugościć małżeństwo, a nie parę żyjącą ze sobą na kocią łapę.
 
Droga na skróty: Zawsze można powiedzieć, że jest się małżeństwem.
 
Marta: To prawda, ale baliśmy się też nieprzewidzianych sytuacji. Tego, że któreś z nas zachoruje i będą problemy z odwiedzinami w szpitalu, albo że trudno się będzie dowiedzieć o stan zdrowia. Chcieliśmy takich problemów uniknąć.
 
Droga na skróty: Z polskim ubezpieczeniem mieliście niezły problem.
 
Kuba: Ubezpieczenie trzeba wykupić na ewentualną hospitalizację. Natomiast przez to, że zrezygnowaliśmy z pracy i nie byliśmy już studentami, nie mieliśmy ubezpieczenia w kraju. W związku z tym chcieliśmy się ubezpieczyć w NFZ sami.
 
Marta: Chcieliśmy wykupić dobrowolne ubezpieczenie, ale okazało się to prawie niemożliwe. To znaczy, można było. Ale pani w okienku była bardzo niechętna. Wytłumaczyła nam, że to się zupełnie, ale to zupełnie nie opłaca.
 
Droga na skróty: W jakim sensie?
 
Kuba: Tak naprawdę kara za to, że nie jesteśmy ubezpieczeni, jest mniejsza niż płacenie składek. Trochę chora rzeczywistość. Stwierdziliśmy więc wtedy, że nie opłaca się ubezpieczać i lepiej zapłacić karę.
 
Marta: Jeżeli chodzi o ubezpieczenie w podróży, to mieliśmy taką popularną kartę studencką na początku, potem niestety nie mogliśmy jej odnowić bo byliśmy już troszeczkę za starzy. Więc wykupiliśmy inne, ale na szczęście nie przydało się. Chociaż raz w podróży poważna choroba nas dopadła.
 
Droga na skróty: Od czego zaczęliście przygotowania do podróży?
 
Kuba: Od szczepień.
 
Marta: Przede wszystkim od szczepionek, bo na niektóre choroby trzeba się zaszczepić już pół roku, albo nawet wcześniej przed wyjazdem.
 
Droga na skróty: A na co się szczepiliście?
 
Marta: Tak naprawdę na wszystkie możliwe choroby. Dur brzuszny, żółtaczki itd.
 
Kuba: Idzie się do lekarza chorób tropikalnych i określa się mniej więcej, w które rejony świata się jedzie. Jeżeli nie jedzie się do Afryki, w której niestety nie byliśmy, to dużo szczepień odchodzi. Lekarz ustala choroby i zagrożenia występujące w danym obszarze, a na podstawie tego jest tworzony kalendarz szczepień. Czyli kiedy i na co. Czasem warto się zaszczepić na trochę więcej rzeczy, niż na mniej.
 
Droga na skróty: Ale czasami lekarz przepisuje więcej szczepionek niż potrzeba.
 
Kuba: Ja to rozumiem, bo profilaktyka jest jednak zdecydowanie tańsza. Nie mówiąc już o tym, że jechaliśmy na rok więc gdy zachorowaliśmy na dwa tygodnie to nie było tragedii. Ale jak ktoś wyjeżdża na trzy tygodnie i po tygodniu się rozchoruje na dwa, to ja bym nie chciał tak spędzić urlopu.
 
Droga na skróty: Na co zachorowaliście po drodze? Szczepionki się przydały?
 
Marta: Pewnie tak, bo akurat te choroby na które się zaszczepiliśmy nas ominęły. Zachorowaliśmy na chorobę, na którą nie ma szczepionki. To znaczy na Dengę, na którą chorowaliśmy w Panamie, ale podejrzewamy, że zaraziliśmy się w Boliwii. Oprócz tego dopadł nas pierwotniak lamblia w tym samym czasie. Pełne spektrum objawów, dosyć ciężko to znieśliśmy. Ale to już było pod sam koniec podróży i myślę, że duże znaczenie miało to że byliśmy już zmęczeni, niedożywieni, niewyspani. Organizm był zmęczony ciągłymi zmianami klimatu, no i dopadło nas wszystko co możliwe w jednym czasie.
 
Kuba: Mieliśmy trochę szczęścia. Panama jest krajem do którego jeździ bardzo dużo amerykańskich emerytów. W momencie przejścia na emeryturę wyjeżdżają do kraju, który jest znacznie tańszy, niż Stany, przy tym pobierając amerykańską emeryturę. A oczywiście dolar amerykański jest znacznie więcej wart w Panamie, niż w Stanach. Akurat rozchorowaliśmy się w mieście, które było wysoko w górach, mniej więcej dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza i to była właśnie taka oaza amerykańskich emerytów. W związku z tym nie było problemu, żeby dogadać się z lekarzami po angielsku. Mieliśmy też szczęście, że trafiliśmy do bardzo dobrego i taniego hostelu, w którym przeleżeliśmy dwa tygodnie.
 
Droga na skróty: A co ze służbą zdrowia?
 
Kuba: Ze służbą zdrowia zetknęliśmy się tylko w Panamie i było bardzo przyjemnie. Znaczy, warunki były całkiem przyzwoite. Musieliśmy codziennie, czy co drugi dzień chodzić i oddawać krew żeby sprawdzać poziom płytek krwi. Laboratorium było bardzo przyzwoite i czyste, lekarze też byli przyjemni. Najpierw trafiliśmy do takiego większego ośrodka, gdzie było dużo biednych ludzi. Tam się okazało, że wszystko by zajmowało strasznie dużo czasu i zdecydowaliśmy się na prywatne wizyty, które tak naprawdę nie były jakoś bardzo drogie.
 
Marta: To znaczy dla nas, bo dla takich przeciętnych panamczyków, to oczywiście te kwoty były bardzo wysokie. Natomiast dla nas, i wszystkich amerykańskich emerytów, opieka medyczna była tam bardzo, bardzo tania.
 
Droga na skróty: Na waszym blogu można przeczytać, że wasze plecaki ważyły po 15 i 16 kilogramów.
 
Kuba: Ale to w Azji, jak było ciepło.
 
Marta: Waga zmieniała się z zależności od tego gdzie byliśmy i ile jedzenia ze sobą nosiliśmy. Mój przeciętnie ważył około piętnastu kilogramów, Kuby około dwudziestu.
 
Kuba: W momencie, kiedy dużo lataliśmy w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie ograniczenia wagowe w samolotach to 15 kg na duży plecak a 5 na bagaż podręczny, byliśmy się wstanie spakować w dwie „15” i jeden podręczny. To się udało tylko dzięki temu, że część sprzętu zimowego wysłaliśmy do Nowej Zelandii z Malezji, wiedząc, że do niczego nam się tam nie przyda. W Nowej Zelandii mieszka moja koleżanka, więc trapery, kurtki zimowe, ciepły śpiwór wysłaliśmy jej.
 
Droga na skróty: Co ze sobą zabraliście wyjeżdżając z Polski?
 
Marta: Staraliśmy się mieć tego sprzętu jak najmniej, chcieliśmy być samowystarczalni, więc woziliśmy ze sobą namiot, karimatę, śpiwory, kuchenkę, menażki. Były też trapery, ponieważ dużo chodziliśmy po górach, więc cały sprzęt górski również. Jeżeli chodzi o ubrania to takie niezbędne minimum. Ale musiał być polar, spodnie i kurtka nieprzemakalna, dwie koszulki, kostium kąpielowy i to wszystko. I to wszystko jednak swoje ważyło.
 
Droga na skróty: Mieliście ze sobą jakieś przewodniki?
 
Kuba: Zazwyczaj byliśmy w krajach o których przewodników nie da się kupić. Nie braliśmy żadnych na zapas, bo można je było kupić na miejscu lub z kimś się wymienić, kto wyjeżdża i chce się go pozbyć. Oczywiście napisane po angielsku.
 
Marta: Przewodniki są o tyle przydatne, ponieważ my korzystaliśmy z zamieszczonych tam map. Szczególnie w dużych miastach było to bardzo wygodne. W większości krajów „trzeciego świata” bardzo trudno jest dostać dobre mapy, o ile w ogóle jakiekolwiek, a jeżeli już to są one bardzo drogie. Przewodniki rozwiązywały te problemy. Jeździliśmy też sporo na stopa i wtedy też korzystaliśmy z mapek z przewodników. Jeśli chodzi o czerpanie pomysłów, jakie miejsca odwiedzić to przewodniki owszem pomagały, ale częściej to byli ludzie lub miejsca jakie jeszcze przed wyjazdem znaleźliśmy w Internecie. Widzieliśmy wspaniałe zdjęcie i zaznaczaliśmy je na naszej mapce podróży, jako ewentualne miejsce do odwiedzenia.
 
Droga na skróty: Z Polskie polecieliście do Turcji. Potem był Bliski Wschód, Iran, Azja Środkowa, Chiny, Nepal, Azja południowo-wschodnia, Australia, Nowa Zelandia, Południowa  i Środkowa Ameryka, Islandia i na koniec Polska.
 
Kuba: W skrócie tak.
 
Marta: Powiedzmy, że Ameryka Północna to tyko i wyłącznie Stany i odwiedziny u rodziny w drodze powrotnej. Ale zaliczona.
 
Droga na skróty: A jak wyglądało planowanie podróży? Zawsze staraliście się mieć kogoś z rodziny, znajomych tam gdzie jedziecie?
 
Kuba: Byłoby za pięknie. Wiedzieliśmy, że chcemy spędzić w Azji ileś tam czasu, potem umówiliśmy się z przyjaciółmi na Sylwestra i Boże Narodzenie w Wietnamie. To w jakiś sposób już nas ograniczyło. Stamtąd polecieliśmy do Australii. Co do znajomych i rodziny, to wiedzieliśmy gdzie są, ktoś się do nas odzywał. Tutaj muszę podziękować moim rodzicom, którzy znaleźli wspaniałych ludzi w Australii u których się zatrzymaliśmy w Sydney i Melbourne. Oczywiście do tego couchsurfing, organizacja która ułatwia i umila podróżowanie.
 
Marta: Mieliśmy zaplanowane pierwsze trzy miesiące podróży, czyli trasę do Chin. A to ze względu na wizy. Akurat w tamtym regionie świata w prawie każdym kraju wymagane są wizy, trzeba dość szczegółowo określić termin wjazdu i wyjazdu z kraju. A później był tak zwany spontan.
 
Droga na skróty: A co oznacza, że Pekin „pachnie Chinami”?
 
Marta: Pomijając fakt, że Chiny są krajem bardzo wysoko rozwiniętym technicznie i zurbanizowanym, choć pełnym kontrastów. To jednak chiński zapach to zgnilizna, fekalia. Taki średnio przyjemny.
 
Kuba: Może to usprawiedliwię. My do Chin wjechaliśmy od zachodu, czyli od tych prowincji dużo biedniejszych. Nasza przygoda z Chinami zaczęła się więc od tych „innych” Chin niż Pekin. Większość ludzi zaczyna od Pekinu, który jest wysoce rozwiniętym miastem. My zaczęliśmy od tylnych drzwi. Po trzydziestu paru godzinach spędzonych w najtańszej klasie pociągu, z Chińczykami którzy przez to że jest ich tak dużo nie mają w zwyczaju zwracania uwagi na innych, troszkę nam miny zrzedły. Porównywanie Chińczyków do ludów Azji Centralnej, która jest po prostu wspaniała, nie mogło wyjść pozytywnie.
 
Droga na skróty: Podróżowaliście wszystkim, czym tylko się dało?
 
Marta: Samolotów staraliśmy się unikać, ale oczywiście całkowicie się tego uniknąć nie dało. Omijaliśmy samoloty ze względu na koszta i na to że latając omija się jednak wiele ciekawych rzeczy. A ja nie znoszę latać i bardzo się tego boję. Każdy lot był dla mnie traumatycznym przeżyciem.
 
Droga na skróty: Strach przed lataniem to jedno, a co ze strachem przed opuszczeniem domu? Taka podróż to duże wyzwanie.
 
Marta: Kuba był pod tym względem bardziej wyluzowany, nie miał żadnych obaw i nie bał się niczego. Mi w niektórych momentach wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach. Przed wyjazdem miałam wiele obaw, ale wszystkie się rozwiały. My mieliśmy mnóstwo szczęścia, nie spotkało nas nic złego ze strony ludzi. Spotkaliśmy same wspaniałe, przyjazne i otwarte osoby, które pomagały nam jak tylko mogły. Oprócz drobnej kradzieży portfela w Wietnamie, nie przytrafiło się nam nic złego. Ale to była kradzież kieszonkowa i trochę na nasze własne życzenie.
 
Droga na skróty: Chwaliliście się portfelem w barze?
 
Kuba: Nie. Ja jestem z reguły leniwy, więc portfel nosiłem w kieszeni. To był taki portfel na bieżące wydatki, nie było tam nic istotnego. Dokumenty trzymaliśmy osobno, a wiedząc że trzeba płacić za jakieś drobne rzeczy wolałem mieć portfel przy sobie, by potem nie grzebać w torbach gdzie są naprawdę istotne rzeczy.
 
Marta: Portfel był w kieszeni bojówek. To był Sylwester, mnóstwo, mnóstwo ludzi na ulicach. Nie dało się przejść. Było widać, że ten portfel tam jest i bardzo szybko zniknął.
 
Droga na skróty: Jak na podróż trwającą czternaście miesięcy, to faktycznie mieliście sporo szczęścia.
 
Marta: To prawda. Większego pecha mieliśmy do natury, i to ona nam zgotowała kilka niebezpiecznych sytuacji. Najniebezpieczniejszą z nich było trzęsienie ziemi w Christchurch w Nowej Zelandii. Mieliśmy tego pecha, że znaleźliśmy się praktycznie w epicentrum - w centrum miasta, które zostało dość poważnie zniszczone. Oprócz tego w Australii przytrafiła się nam powódź, przez którą musieliśmy nadłożyć kilka tysięcy kilometrów, tylko po to żeby ją objechać.
 
Droga na skróty: Nie myśleliście wtedy: „może warto przestać i wrócić do domu”?
 
Marta: Powódź w Australii nie dotknęła nas tak bardzo, pokrzyżowała nam tylko plany. Natomiast po trzęsieniu ziemi, kategorycznie oznajmiłam że wsiadam w pierwszy samolot. Kończę podróż,  wracam do domu i nie obchodzi mnie nic.
 
Kuba: Na szczęście to była Nowa Zelandia, czyli jakbyśmy nie wracali to jest to daleko. Więc mogliśmy wracać przez Amerykę Południową. Dyskusja stanęła na tym, że porozmawiamy o tym za dwa dni, kiedy Marta się uspokoi i trochę zrelaksuje. I wtedy rozsądek wziął górę.
 
Marta: Po dwóch dniach, byliśmy już w innych, pięknych okolicznościach przyrody. Spokój, cisza, natura. I jakoś tak zły nastrój minął, i stwierdziłam że jeszcze mogę trochę pojeździć.
 
Droga na skróty: Powiedzcie, który kraj was najbardziej zaskoczył? Pozytywnie lub negatywnie. Było coś czego się nie spodziewaliście?
 
Marta: Praktycznie, coś takiego spotykało nas w każdym kraju. Negatywnie byliśmy zaskoczeni w Chinach, ale to przez ludzi. I nazwijmy to „ludzi w masie”. Bo kiedy poświęci się dużo czasu i pozna się ich indywidualnie, oczywiście są przemili, wspaniali. Spotkaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi. Natomiast Chińczycy „w masie” to jest zupełnie inna historia. Są bardzo trudni do zniesienia. Myśmy do Chin dotarli po wizycie w krajach Arabskich i Azji Centralnej, gdzie ludzie są po prostu niesamowici. Myślę, że ich mentalność wiąże się z tym, że w krajach takich jak Tadżykistan czy Kazachstan ludzi jest bardzo mało. Żyją w trudnych warunkach, tam akurat gdzie my byliśmy. I oni zachowują się zupełnie inaczej. Dla nich człowiek jest wartością. W Chinach gdzie tych ludzi jest po prostu bardzo dużo, trzeba o siebie walczyć i nie można zwracać uwagi na innych. Co przekłada się też na to jak Chińczyków odbierają turyści. To było nasze największe negatywne zaskoczenie. Natomiast jeśli chodzi o pozytywy, to każdy kraj oferował ich po prostu mnóstwo.
 
Kuba: Takim bardzo ciekawym krajem jest Turkmenistan, o którym tak naprawdę niewiele wiadomo. I my też nie dużo wiedzieliśmy wjeżdżając do niego. Kraj jest przedziwny. W kraju jest już w tej chwili drugi prezydent, który nie jest do końca przewidywalną osobą, a do tego ma jeszcze pieniądze. Turkmenistan jest bardzo bogaty w gaz. Więc ma on bardzo dużo pieniędzy na realizowanie swoich pomysłów. A są one bardzo dziwne. Stolica jest miastem pustym, za to pełnym luksusowych, marmurowo złotych budynków. Tam naprawdę na ulicach jest pusto. Jest to jedno z najczystszych miast jakie w życiu widzieliśmy, bo połowa ludzi jakich widać na ulicy to sprzątacze. Kraj jest bogaty, ludzie są bardzo biedni. Turkmenistan w 95 procentach jest pustynny, a Aszchabad jest miastem fontann. Dla mieszkańców jest to naturalne, że coś jest otwierane z wielką pompą, a po dwóch miesiącach przestaje działać. Ale to się już nie liczy, bo zostało otwarte.
 
Droga na skróty: Jak reagowali na was tubylcy?
 
Marta: We wszystkich krajach, a w Chinach szczególnie, gdziekolwiek się nie pojawialiśmy, byliśmy celebrytami. Wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. Niektórzy byli na tyle śmiali, że pytali nas wprost, a niektórzy próbowali chyłkiem ustrzelić jakąś fotkę. Co powodowało szereg zabawnych sytuacji. Po pewnym czasie jednak mieliśmy tego troszeczkę dość.
 
Droga na skróty: A gdybyście mieli jeszcze raz wyjechać do któregoś z odwiedzonych przez was krajów, który byście wybrali?
 
Kuba: Mimo wszystko Chiny, bo są one przepięknym krajem i są olbrzymie. Byliśmy tam dwa miesiące i tak naprawdę jest to kropla w morzu. Więc na pewno będziemy chcieli wrócić do Chin, do Australii i oczywiście tych krajów, których nie widzieliśmy.
 
Marta: Myślę, że przez jakiś czas będziemy wyjeżdżać tak na dwa, trzy tygodnie. Jak praca pozwoli. Kolejnej dłużej podróży ja nie wykluczam, natomiast w tej chwili nie mamy konkretnych planów.  
 
Strona Marty i Kuby


Zgłoś błąd » Przyjazne drukowanie »

tagi: Podróż, Turystyka


reklamy:

Komentarze

eryk2k1 (382), 27-02-2012 15:34

Nie ma jak dalekie podróże
Na pewno niezapomniane przeżycia, mnóstwo zdjęć, pewnie kilka znajomości. Ale 14 miesięcy poza domem... ostro! :)

Razmes (59), 27-02-2012 15:01

Super. Ciekawe ile wyszedł finansowo ten okres. Sporo latania, podróżowania różnymi środkami lokomocji, pobyty w hostelach, jedzenie i pewnie wiele innych wydatków.

salander (110), 26-02-2012 21:00

Podróże bliskie i dalekie.
Gratulacje odwagi, zwłaszcza na taki długi okres.


Dodaj komentarz

Aby skomentować musisz się najpierw zalogować

Zgłoś nielegalność zdjęć lub wpisów na tej stronie »